Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Diabeł z Jersey. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Diabeł z Jersey. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Diabeł z Jersey część VI (koniec )

James niespokojnie przewrócił się na drugi bok, płosząc tym ruchem kolejną rodzinę swoich sześcionogich lokatorów. Skrobanie chitynowych kończyn po drewnianej podłodze w jakiś dziwny sposób łagodziło jego napięte jak postronki nerwy, jakby samą swoją obecnością porządkowało ustalony porządek świata zaburzony przez pojawienie się Diabła z Jersey. Przez całe swoje dotychczasowe życie, mężczyzna sądził, że spotkanie tej spowitej mgłami tajemnic i legend istoty jest jego największym marzeniem, celem, do którego dążył od momentu, w którym zdecydował się poświęcić gwarantowaną karierę w korporacji ojca na rzecz pościgu za kryptydami…
Teraz jednak, gdy ów stwór znajdował się niemal na wyciągnięcie ręki, James ze zdumieniem stwierdził, że czułby się o wiele lepiej spędzając kolejny, bezproduktywny dzień w zaciszu swojego biura w Philadelphi. Przygnębiająca atmosfera panująca w motelu, potęgowana jedynie przez szalejący za oknem sztorm, wzbudziła w nim tęsknotę za lejącym się z nieba żarem, wszędobylskim kurzem i szaleńczej walce o życie, w którą zamieniała się każdorazowa przejażdżka ulicami tego zatłoczonego miasta. Stokroć wolał użerać się z włoskimi taksówkarzami niż czarną jak noc bestią o płonących jak ognie piekieł ślepiach.
Gdzieś w pobliżu uderzyła błyskawica. Krótkotrwały rozbłysk światła skąpał pomieszczenie w upiornym świetle. Cienie rzucane przez rozklekotane meble przybierały najbardziej fantazyjne, przerażające kształty, czekające tylko aż James zapadnie w sen, by rzucić się na niego i zatopić w nim ostre jak brzytwy kły. Mężczyzna roześmiał się cicho chcąc przegonić to irracjonalne odczucie, jednak to co wydostało się z jego gardła wcale nie podniosło go na duchu. Dźwięk wcale nie przypominał śmiechu. Brzmiał jak grzechot kościanych kończyn Śmierci pochylającej się nad łożem dogorywającego. Niemalże spodziewał się w każdej chwili usłyszeć kroki zbliżającego się Ponurego Żniwiarza…
BUM!
Pisk, który wyrwał się z ust Jamesa w żadnej mierze nie pasował do niemalże trzydziestoletniego mężczyzny. Postronny obserwator mógłby pomyśleć, że próbująca się właśnie zagrzebać w fałdach pościeli postać jest kilkuletnią dziewczynką bojącą sie burzy. Ponownie rozległo się uderzenie, tym razem było ono głośniejsze, bardziej natarczywe. Towarzyszył mu inny dźwięk, brzmiący niczym słowa wypowiadane w jakimś obcym, zniekształconym języku… James był pewny, że gdyby był to dom jego rodziców, pobiegłby prosto do ich sypialni i z krzykiem rzuciłby się im na szyje.
Ktoś, lub może „coś”, nacisnął na klamkę. Drzwi otwarły się z przeraźliwym skrzypieniem, które może rozlec się tylko wtedy, gdy wchodzący stara się narobić jak najmniej hałasu. Nie od dzisiaj wiadomo, że stare, nieoliwione zawiasy działają niemal bezszelestnie, jeśli pchnie się je jednym, silnym ruchem. Najwyraźniej jednak Śmierć nie należała do nazbyt rozgarniętych osób. Lub lubiła efektowne wejścia.
Coś syknęło cicho. Zaskrzypiały robaczywe deski… Nagły łomot sprawił, że James ponownie wrzasnął i zeskoczył z łóżka. Napędzany panicznym strachem rzucił się do okna i szarpnął je do góry kalecząc palce o najeżony drzazgami uchwyt. Lodowaty wiatr dmuchnął mu w twarz kropelkami deszczu z taką siłą, że poczuł jakby ktoś przetarł mu czoło i policzki papierem ściernym. Nie zważając na to, że ma na sobie tylko piżamę, zresztą teraz kompletnie już przemoczoną, mężczyzna wsparł się na framudze, i pospiesznie wychylił górna część ciała na zewnątrz. Tymczasem intruz ponownie wybełkotał coś, co brzmiało trochę jak przekleństwo i przewrócił kulawy stolik, na którym spora grupka karaluchów posilała się resztkami kolacji Jamesa.
Rozległ się brzęk tłuczonej porcelany i stłumiony jęk. Nie tracąc czasu na zastanawianie się, dlaczego Śmierć, czy inna zmora piekielna, która w jego wyobraźni nastawała właśnie na jego życie, miałaby odczuwać coś tak ludzkiego jak ból, mężczyzna za pomocą dzikich wymachów nóg wydostał się cały na zewnątrz. Przypływ adrenaliny spowodowany walką o przetrwanie całkowicie odciął bodźce wysyłane przez olbrzymi siniec, który zostawiła mu na pamiątkę kula Earla. Zresztą, nie miał teraz czasu, żeby przejmować się takimi drobnostkami. Zacinający deszcz mroził go do szpiku kości, a lodowaty wiatr sprawiał, że czuł niemal jak jego ciało zamienia się w jeden wielki sopel.
Ostrożnie podciągnął się wyżej, uważnie stawiając stopy, stanął w końcu na obłażącym z farby, drewnianym parapecie. Nie miał pojęcia co teraz zrobić. Wołać o pomoc? Szalejąca wichura skutecznie zagłuszała wszystko co rzucano jej naprzeciw. Skakać? Jego pokój znajdował się na pierwszym piętrze, około trzy i pół metra nad ziemią. Upadek na pewno nie należałby do najprzyjemniejszych, ale powinien uniknąć poważniejszych obrażeń… „W najgorszym razie skręcę sobie kostkę”. Nie potrafił jednak zdecydować się na podjęcie odpowiednich kroków. Tymczasem w pokoju ktoś wołał go po imieniu ochrypłym głosem… Zaryzykował spojrzeniem do środka. Ujrzał kołyszącą się w mroku ogromną postać. Kolejna błyskawica na moment rozświetliła okolicę. Twarz nieproszonego gościa nadal pozostawała nierozpoznawalna, ale błysk wyłowił z ciemności lśniące ostrze ciężkiej siekiery, którą nieznajomy ściskał w prawej dłoni. W drugiej trzymał coś, co przypominało butelkę.
Coś zaczynało kiełkować w umyśle Jamesa, jednak zanim zdążył uchwycić sie tej myśli i upewnić się co do swoich podejrzeń, rozległ się głośny trzask. Spodziewając się kolejnego wyładowania, mężczyzna skupił wzrok na sylwetce wypełniającej jego sypialnię, jednak nie pojawił się żaden rozbłysk. Przestąpił niecierpliwie z nogi na nogę i został nagrodzony mrożącym krew w żyłach trzaskiem, po którym poczuł pod stopami pustkę. Przeżarty przez korniki parapet ustąpił z głośnym jękiem pod ciężarem ciała Jamesa, i runął w dół pociągając je za sobą. Nieubłagana grawitacja wyciągnęła po szefa kryptozoologów swoje twarde ramiona.
Zaledwie dwie sekundy było mu dane nacieszyć się możliwością znajdowania się w żywiole Diabła z Jersey. Zaraz potem rozległ się głośny plusk, a w powietrze wzbiła się fontanna błota. Olbrzymia kałuża, która utworzyła się na podwórzu na tyłach motelu, ocaliła go przed bolesnym upadkiem. James z obrzydzeniem wypluwał potoki chłodnej mazi, które wypełniały mu usta. Mnóstwo mułu dostało się mu do nosa utrudniając oddychanie. Część zatkała uszy mężczyzny. Wolał nawet nie myśleć jak pozbędzie się rozmiękłej ziemi, która dostała się mu w bardziej intymne części ciała. Jedynym plusem wylądowania w kałuży było to, że oprócz funkcji zapychającej różne otwory, szlam potrafił też bardzo dobrze zamortyzować upadek, dzięki czemu już po chwili mógł podnieść się na kolana aby nie wtłaczać w siebie kolejnych porcji błota.
Gdy tylko mu się to udało, zza roztrzaskanych przez wizytę Diabła drzwi wypadł Tony ze swoją wierną dubeltówką, a za nim niosący latarnię Andy, którego chód sugerował stan po spożyciu solidnej dawki alkoholu. Najwyraźniej David postanowił uczcić bliskie rozwiązanie sprawy odpieczętowując swoje zapasy absynthu. Tylko po jaką cholerę myśliwy taszczył ze sobą swój topór? „Chwila… To ten topór!”, James poczuł jak wzbiera w nim wściekłość. Może i owszem, nie był najlepszym na świecie szefem, i może rzeczywiście zdarzało mu się spóźniać z wypłacaniem wynagrodzenia, ale próba zabójstwa? No, chyba, że chodziło o owe sześć tysięcy, które Andy był mu winny za odszkodowanie wpłacone Earlowi… Jako pierwszy dobiegł do niego Tony.
– Mam cię, cholerny ufoku! Kumple wyrzucili cie z tego parszywego spodka, he? Masz pecha zieleńcu! Wylądowałeś w Ameryce, kraju, w którym mogę nafaszerować ołowiem każdego przybłędę na tyle głupiego, żeby wpieprzać się na mój teren bez mojej zgody!
Podwójna lufa strzelby, ta sama, która jeszcze nie tak dawno temu wypaliła do Diabła, celowała teraz prosto między oczy Jamesa. Mężczyzna nie wiedział czy powinien na przemian krzyczeć z przerażenia i błagać o życie, czy też może bardziej racjonalnym podejściem do tej sytuacji byłoby wybuchnięcie śmiechem ze względu na jej absurdalność.
– Nie jestem zielony, a brązowy… – sam nie wiedział dlaczego uznał, że uświadomienie właściciela motelu o jego pomyłce stało się nagle takie ważne. Najwidoczniej zaczynał tracić zmysły.
– Ale jakby się nad tym głębiej zastanowić, rozumiem dlaczego wybrałeś akurat ten kolor… „Bronzańcu”? „Bronzieńcu”? Hmmm… Nie, nie przychodzi mi do głowy żaden odpowiednik tego przezwiska… Może jednak zostańmy przy „zieleńcu”. Chciałbym także zaznaczyć, że określenie „ufok” jest nie na miejscu. Odnosi się ono do niezidentyfikowanych obiektów latających, jak słusznie pan zauważył „parszywych spodków”… Ich piloci jednak to kosmici, nie „ufoki”.
–  Efie… Efie… Nydz Pau Ne ezt?
Sądząc po dziwacznym narzeczu, którym się posługiwał, Andy uderzył się w głowę i nabawił Syndromu obcego akcentu, co było dziwne, ponieważ o ile dobrze pamiętał, to właśnie on, James, przeżył przed chwilą upadek z wysokości… Może to uraz współczulny? Coś jak ciąża urojona u niektórych facetów, z tym, że zamiast brzucha i piersi, w przypadku brodacza pojawiło się uszkodzenie czaszki… Doprawdy, kto by sie spodziewał, że oddanie olbrzyma jest aż tak wielkie…
– „Szefie”? – Jak widać, Tony należał do tego samego plemienia czerwonoskórych, tego, dla którego Woda Ognista była chlebem powszednim, ponieważ nie miał najmniejszych trudności z odszyfrowaniem bełkotu myśliwego. Grubas zmarszczył czoło i przymrużył oczy aby lepiej widzieć.
– O kurwa, pardą! Nie chciałem szanownego klienta przestraszyć… Po prostu… Gadała mi baba o tych kąpielach błotnych, ale żem zawsze myślał, że to wymysły tych ważniaków z telewizji… Ale, że u mnie na podwórku… Tu wincy gówna niż ziemi! Te cholerne psy od Heysea przyłażą tu prawie codziennie…
Mężczyzna zarzucił dubeltówkę na ramię i podał dłoń wciąż klęczącemu w mule Jamesowi.
– Nie miej pan urazy! Sam żeś widział, co za gadziny tu ostatnio latają, to i ostrożności nigdy za wiele… Powiedzmy, że stawiam michę swojego słynnego gulaszu, i zapominamy o sprawie… Pasuje?
James pokiwał tylko głową, niezdolny do polemiki z kimś pokroju Tonyego, który zadowolony wrócił do środka, najwyraźniej kierując się do kuchni, aby przygotować obiecany rarytas. Mężczyzna zastanawiał się, czy ostatnimi czasy pan Heyse nie uskarżał się na zniknięcia swoich czworonogów. Gdy tylko przeniósł wzrok na Andego, współczucie dla psów ulotniło się nagle z prędkością światła. Nie odczuwał już zimna. W żyłach szalała mu wybuchowa mieszanka grożąca uszkodzeniem myśliwego w stopniu ciężkim. Zdążył już rozpoznać zarys sylwetki i ściskany przez olbrzyma topór. To on wtargnął do jego pokoju w środku nocy.
– Andy…  To pewnie nie moja sprawa, ale… Po jaką cholerę wlazłeś do mnie o tej porze? U ciebie skończyły się karaluchy, i przyszedłeś wytępić moje? Myślałeś, że chowam w szafie jakąś krowę, którą mógłbyś zajebać tym swoim rzeźnickim toporem?
– Oełka… Wiziałeź… moją oełke?
– Twoją ­–co,  kurwa? Czy ty się w ogóle słyszysz? Brzmisz jakbyś zaliczył głębokie gardło z Michaelem Jordanem…
– O – ze – łge… Wiz… – Pokaz elokwencji został przerwany przez głośne czknięcie, które z kolei przerodziło się w potężne beknięcie mogące zawstydzić syrenę niejednego tankowca – Wiziałeź?
– Mów wyraźniej…
Andy machnął w zrezygnowaniu ręką i odwrócił się w stronę motelu. Gdy ruszał chwiejnym krokiem do środka, Jamesowi udało się wyłowić rzucone na odchodnym słowa.
– Ne ogaham się sss obo….
Mężczyzna pozwolił sobie na pełne uczucia niesprawiedliwości westchnienie, po czym zniknął w budynku. Nie tracąc czasu, jego szef podążył za nim. Już i tak zbyt długo stał na lodowatym deszczu. Idąc przez oświetlony pojedynczą żarówką hol motelu, James smętnie wsłuchiwał się w chlupoczący odgłos, jaki wydawały z siebie jego buty. Był piekielnie zmęczony, jednak zanim będzie się mógł położyć, czekała go jeszcze długa kąpiel. Ten wyjazd od samego początku był katastrofą. Dlaczego choć przez chwilę myślał, że może wyniknąć z niego coś przyjemnego lub chociażby pożytecznego? Zerknął na zegarek, którego nie zdejmował nawet w łóżku. Szkiełko było uwalane błotem. Przetarł je niecierpliwym ruchem i zerknął na fosforyzujące cyfry… „ No tak. Zapomniałem”. Tarcza wskazywała godzinę piątą dwadzieścia, jednak nieruchoma wskazówka sekundnika dobitnie przypominała o awarii czasomierzu. Gdy wrócą do Philadelphi, będzie musiał oddać go do naprawy. Nie zważając na brudne ślady, które za sobą zostawia, powlókł się do łazienki.
Zanim jeszcze zdążył zaświecić światło, jego nos został zaatakowany przez zapach pleśni. Gdy rozbłysła wisząca na cienkim kablu słaba żarówka, jego oczom ukazały się odrapane, pokryte odparzonym tynkiem ściany i pordzewiała, żeliwna wanna stojąca przy przeciwległej ścianie.  Zupełnie jakby ktoś uważał, że branie kąpieli w czyimś towarzystwie jest doskonałym pomysłem, tuż obok stała kolejna, w równie kiepskim stanie. Nie było żadnego parawanu ani przepierzenia. Całe szczęście, że tylko on jeden miał w ogóle ochotę na skorzystanie z łazienki w tak obrzydliwym miejscu jak motel Tonyego.
Podszedł do pierwszej balii i zerknął do środka. Na jego oczach, dwa wielkie jak paznokieć u kciuka, włochate pająki czmychnęły do odpływu. Zniechęcony, James podszedł do drugiej wanny, ale i tam czekała na niego niemiła niespodzianka. Najwyraźniej, ktoś z jego zespołu zabalował odrobinę za mocno, i nie mogąc utrzymać w środku wszystkiego co w siebie wlał, postanowił ulżyć targanemu torsjami żołądkowi . Wolał nawet nie dopuszczać do siebie myśli, iż wymiociny mogły leżeć tam od dłuższego czasu… Nawet tak obskurne miejsce nie mogłoby sobie pozwolić na podobne zaniedbanie…
Wybierając mniejsze zło powrócił do pająków. Sięgnął do pokrytych strupami rdzy kurków i przekręcił czerwony. Kran zabulgotał, zacharczał i wykrztusił z siebie anemiczny strumyczek żółtawej cieczy. Kto by sie spodziewał, że podobne miejsce ma dostęp do siarkowych źródeł, za kąpiel w których, płaci się ogromne sumy we wszelkiego rodzaju ośrodkach wypoczynkowych. James zaczynał się już bać, że ów cudowny zdrój zostanie mu doliczony do rachunku, gdy nagle pociekła zwyczajna, przezroczysta woda. Rury potrzebowały widocznie nieco czasu aby się oczyścić.
Sprawdził dłonią temperaturę strugi, i z niezadowoleniem stwierdził, że jest niemalże lodowata. Zupełnie jakby… Podążył wzrokiem za plątaniną rur, które biegły wzdłuż ściany, by w końcu przebić się… Na zewnątrz. Mężczyzna podszedł do okna i zaczął sie szarpać z zamkiem. W końcu, niemal wyrywając skrzydło zawiasów, udało mu się je otworzyć. Wyjrzał przez ścianę deszczu i zobaczył stojące na dachu olbrzymie, otwarte zbiorniki, w których przelewała się spadająca z nieba woda. Biegnące od nich rury oplatały budynek, najwyraźniej służąc za hydraulikę w całym obiekcie. Nie wróżyło to najlepiej jego planom odnośnie kąpieli.
***
Obudził się około południa z potwornym bólem promieniującym z całego ciała. Czuł się jakby podczas snu jego mięśnie zostały zamienione w galaretę. Najwięcej cierpienia przysparzał soczyście fioletowy siniak, który pokrywał teraz prawie połowę jego klatki piersiowej i dokuczał niemiłosiernie przy każdym pochyleniu czy głębszym oddechu. Przez kilka minut leżał bezczynnie z otwartymi szeroko oczami i układał sobie w myślach plan dnia. To już dzisiaj! W końcu może uda się im dojść do prawdy, a jeśli przy tym zdołają schwytać żywego przedstawiciela nieznanego gatunku… Poczuł jak na nowo ogarnia go nadzieja i optymizm. Wczorajsze zniechęcenie poszło w niepamięć. Znów był pełnym ideałów i marzeń studentem, który pragnął sławy i zaszczytów.
Promienie słoneczne wędrowały ospale po wyblakłej pościeli, na której leżał przepłaszając biegające po niej niewielkie stworzonka. Mężczyzna chciał sprawdzić godzinę, jednak niezmienna od wczorajszej nocy piąta dwadzieścia przypomniała mu o defekcie zegarka. Z cichym westchnieniem bólu podniósł się do pozycji siedzącej i wyjrzał przez okno. Z tego co widział, musiał już być późny poranek. Nieco zdziwiło go, że nikt nie przyszedł go obudzić, w końcu zarówno Andy jak i David, Conor i Jane wydawali się tak samo podekscytowani perspektywą spotkania oko w oko z Diabłem z Jersey. Ciekawe co też mogło ich zatrzymać?
Pospiesznie wrzucił na siebie w miarę czyste ubrania i niemalże pędem wypadł z pokoju. Zapukał ostrożnie do drzwi Davida, nie chcąc przyłapać przyjaciela w sytuacji bez spodni, jednak nie usłyszał żadnej odpowiedzi. Spróbował ponownie, jednak i tym razem odezwała się jedynie cisza. Cisza i dochodzące z kuchni głośne przekleństwa Tonyego. Możliwe, że gulasz ogłosił właśnie swoją niepodległość. Zaniepokojony James nacisnął na klamkę i drzwi ustąpiły pozwalając mu rzucić okiem na wnętrze sypialni. Nie wyglądało to ani trochę lepiej niż jego własny „apartament”, wszędzie za to walały się puste butelki i trzy bezwładne ciała, które od czasu do czasu wydawały z siebie potępieńcze jęki gdy bezlitosne słońce padało na ich poszarzałe oblicza.
James stanął jak wmurowany. A więc to tak przygotowywali się do wprawy! Conora mógł jeszcze zrozumieć, detektyw wytrzymał w stanie trzeźwości swoje kilka godzin, i zdążył przez ten czas zrobić to, co do niego należało, ale David i Andy? O ile historyk nie był przydatny w stanie pierwszej świeżości”, tak brodacz był niezbędnym elementem, od którego dobrego samopoczucia zależeć będzie cały los polowania na Diabła. Jeśli nie ćwiczył się właśnie w nieruchomym wyczekiwaniu na zwierzynę, jego zachowanie było doprawdy karygodne. James schylił się i podniósł lezącą u swoich stóp pustą butelkę po piwie, po czym z miną niewiniątka upuścił ją na ziemię. Brzęk tłuczonego szkła wzbudził niemrawe protesty obolałej trójki.
Ucieszony z wyniku eksperymentu mężczyzna sięgnął po kolejną flaszkę, tym razem bez etykiety, najwyraźniej zawierającą wcześniej wściekle zielony absynth, i ją również roztrzaskał o podłogę. Kilka chwil i całą masę jęków później, poplamione rozlanym piwem i brudem z dziesiątek par butów deski pokrywała gruba warstwa tłuczonego szkła. James uśmiechnął się złośliwie pod nosem.
– PRZEPRASZAM! – Niemalże czuł jak od siły jego głosu drży podłoga. Z cała pewnością drżeli też jego podwładni. Conor próbował zasłonić uszy rękami, jednak jego koordynacja ruchowa nie była jeszcze w pełni funkcjonalna i nie udało mu się w pełni ochronić przed nieprzyjemnym doznaniem jakie w jego stanie wywoływał nawet najdelikatniejszy dźwięk. Spowodowany tym nagłym ruchem wysiłek był tak wielki, że detektyw przekręcił głowę na bok, a z jego ust chlusnęła zgniłozielona fala. Niczym doskonale sprężony mechanizm, David i Andy natychmiast poszli za jego przykładem, zupełnie jak lwiątka czekające na pozwolenie od starego samca na rozpoczęcie posiłku. Z tą różnicą, że w przypadku tej trójki, posiłek pokonywał odwrotną trasę.
– Życzę smacznego!
Zanim zapukał do pokoju Jane, jej szef najpierw przyłożył ucho do drzwi, chcąc się upewnić, że nie wtrąci się w połowie tego, czemukolwiek z takim upodobaniem ona i Vince się oddawali. Gdy nie doszły go żadne niepokojące odgłosy, zastukał, zdecydowanie uderzając kłykciami w poznaczone zaciekami od farby drzwi. Po chwili ukazał się w nich czarnoskóry chłopak. W tej chwili James bardziej niż kiedykolwiek wcześniej odczuwał jego przynależność etniczną. Być może miało to cos wspólnego z przeżytym poprzedniego dnia upadkiem, lub tym, że absztyfikant jego pracownicy stał przed nim zupełnie nago. Co dziwniejsze, nie wydawał się ani trochę zaniepokojony faktem, że oto wietrzy sobie przyrodzenie na oczach innego mężczyzny.
– Człowieku, czemu dobijasz się o takiej nieludzkiej porze? Nie możesz spać?
Zanim James zdążył odpowiedzieć, z głębi pokoju wnurzyła się opalona ręka Jane i odepchnęła Vincea na bok. Ku ogromnemu żalowi jej pracodawcy, dziewczyna była kompletnie ubrana i najwyraźniej gotowa do drogi. Miała na sobie solidne buty do chodzenia po błotnistych, leśnych ścieżkach, długie spodnie w kolorze khaki i wytarty podkoszulek z myszką Mickey. Wyglądało na to, że tylko ona pamiętała o wyprawie do zagajnika Greenwater.
– Ruszamy w końcu?
– Jeśli zależałoby to ode mnie, już dawno bylibyśmy na miejscu… Mam jednak pewien problem… No, w zasadzie to TRZY problemy, które mogą znacznie opóźnić naszą małą wycieczkę krajoznawczą.  – James nie mógł się powstrzymać od zrobienia kwaśnej miny.
– Mówisz o naszych Kubusiach Puchatkach, którzy dobrali się do miodu… – Wcale nie zabrzmiało to jak pytanie. – Myślę, że wiem jak szybko postawić ich na nogi!
Cudownym remedium Jane okazał się słynny gulasz Tonyego – brejowata, pozbawiona koloru zupa o zapachu zjełczałego oleju. Każdy z uczestniczącej w nocnej libacji trójki został zmuszony pod czujnym okiem Jamesa do pochłonięcia dwóch misek tego specjału. Winowajcy płakali, błagali, modlili się i przeklinali, jednak mężczyzna był nieugięty. Patrzył z niesmakiem jak kolejne łyżki znikają w ustach jego podwładnych, jednocześnie od czasu do czasu rzucając Jane powątpiewające spojrzenie. Ta w końcu nie wytrzymała.
– Rano zeszłam do kuchni żeby poprosić o odrobinę oleju…
– Oleju? Po co był ci potrzebny olej?
Może to była tylko jego wyobraźnia, ale Jamesowi wydawało się, że obecny przy rozmowie Vince jakoś skurczył się w sobie i odwrócił wzrok. Udało mu się chyba nawet odrobinę zaczerwienić, choć trudno było stwierdzić z uwagi na ciemną karnację. Dziewczyna rzuciła czarnoskóremu chłopakowi przeciągłe spojrzenie i uśmiechnęła się… jak? Złośliwie? Na pewno tajemniczo. James nie miał teraz głowy, żeby się nad tym zastanawiać.
– A czy to ważne? Chodzi o to, że… Vince! Andy nie je swojego papu! Idź z nim porozmawiać!
Posłał jej pełne wyrzutu spojrzenie, ale usłuchał. Utykając lekko ruszył w stronę brodacza, który odrzucił przed chwilą swoją łyżkę. Jane podjęła przerwany wątek.
– W każdym razie…  Zobaczyłam z czego Tony robi swój gulasz… Nie pytaj mnie jak wyglądały składniki w stanie surowym, wierz mi – nie chcesz wiedzieć. Pakuje do tego paskudztwa tyle tłuszczu, że wystarczyłoby go do oświetlenia dziesiątek igloo przez cały czas trwania nocy polarnej. To im dobrze zrobi na żołądki… Za chwilę powinno zacząć działać i poczują się lepiej…
Zupełnie jakby jej słowa były jakimś czarodziejskim zaklęciem, Conor poderwał się na nogi i wybiegł z pokoju. Pośpiech, z jakim to zrobił wskazywał, że detektyw nabrał nagle ogromnej ochoty na czekającą ich wyprawę. Po chwili, z korytarza rozległ się dźwięk dławienia, a potem coś chlupnęło na podłogę. Jane uśmiechnęła się wesoło.
– A przy okazji dostaną porządną nauczkę…
***
Dwie godziny później siedzieli już wszyscy w samochodzie i tylko Vince kręcił się niespokojnie, co jakiś czas wydawając z siebie bolesne syki, jakby siedział na szpilkach. Trójka imprezowiczów, nieco blada, ale gotowa do drogi, pozajmowała miejsca przy do oporu otwartych oknach. Andy znalazł nawet sobie dość siły by znaleźć osełkę i naostrzyć swój topór, który trzymał teraz w gotowości na kolanach w sposób, w który ktoś inny mógłby to robić z psem. Reszta jego arsenału spoczywała bezpiecznie zamknięta w bagażniku vana. Tylko granaty i karabin maszynowy zostały zarekwirowane i zamknięte na klucz w pokoju Jamesa. Podobny los spotkał narkotyki Davida. Ich szef chciał mieć stuprocentową pewność, że polowanie odbędzie się bez żadnych głupich wypadków i kłopotów spowodowanych brakiem odpowiedzialności ze strony członków drużyny.
Gdy zielona kontrolka na tablicy rozdzielczej dała mu znak, że wszystkie pasy bezpieczeństwa zostały zapięte, przekręcił kluczyk w stacyjce, z chrzęstem wyjechał z asfaltowego parkingu przed motelem i wpadł na główną drogę kierując się na północny zachód w stronę zagajnika Greenwater. W stronę Diabła z Jersey.
Miejsce wycinki nie znajdowało się daleko, raptem pół kilometra od zajazdu Tonyego, jednak nieznającemu okolicy i skazanemu na wybieranie szerszych dojazdów Jamesowi, pokonanie tego dystansu zajęło niemal czterdzieści minut. Błąkał się bezcelowo po leśnych traktach, bądź biegnących wzdłuż ogromnych pól kukurydzy, zarośniętych wysoką trawą dróżek, aż w końcu po lewej stronie żwirowanej szosy wyrósł krzywo postawiony znak z napisem „ Greenwater”. Tuż za tablicą, pobocze rozchodziło się w szeroki, piaszczysty plac, na którym mężczyzna zatrzymał vana i zgasił silnik. Zerknął w lusterko wsteczne i ujrzał w nim błyszczące spojrzenia swoich towarzyszy. Tylko Vince wciąż był jakiś nieswój, zupełnie jakby miał coś na sumieniu.
– Jesteśmy na miejscu! – Nikt nie wypomniał mu bezcelowości tego stwierdzenia. – Andy, zabieraj swój sprzęt, David, Conor… Odbezpieczcie klatkę i sprawdźcie, czy zamek jest sprawny… Vince, możesz im pomóc?
Bez słowa wysiedli z samochodu i ruszyli do swoich obowiązków. James i Jane również wyszli na zewnątrz, ale tylko po to by rozejrzeć się po okolicy. Znajdowali się na skraju gęstego, porośniętego młodymi jeszcze drzewkami zagajnika. Im dalej w las, tym pnie stawały się grubsze, a cień rzucany przez rozłożyste konary – głębszy. Wiał delikatny wiaterek znad morza, na którym z północy dryfowały już ciężkie, ołowiane chmury zwiastujące kolejna ulewę. Póki co jednak, słońce przygrzewało mocno, a wisząca w powietrzu duchota zniechęcała do włóczenia się po dzikich ostępach. James był pewny, że jego skacowani przyjaciele cierpią teraz męki pragnienia, ale nie przejmował się tym zbytnio. „Cierpienie uszlachetnia”. Komu jak komu, ale akurat im nie zaszkodziłaby odrobina ogłady.
Cała okolica spowita była nienaturalną wręcz ciszą, zupełnie jakby wszystko co żywe zaszyło się w swoich norach i gniazdach w oczekiwaniu na nadejście nawałnicy. Wszechobecny zapach mokrej ściółki dominował nad wszystkim innym i gdyby nie wisząca nad tą całą sielankowa otoczką groza, którą roztaczał Diabeł z Jersey, miejsce wręcz idealnie nadawałoby się na rodzinną wycieczkę w niedzielne popołudnie. Zresztą kto, wie, może takie właśnie było? Może potwór, jako istota przeklęta, miała jakiś szacunek do dnia świętego i zamiast latać i straszyć niewinnych spacerowiczów, uginał kopyta i oddawał cześć swojemu Stwórcy? Choć jednak biorąc pod uwagę nadany mu przydomek, owym ojcem bestii mógł być ktoś po zupełnie innej stronie barykady niż Bóg chrześcijan.
Tymczasem reszta zespołu błyskawicznie uwinęła się z robotą. Stalowa klatka błyszczała w słońcu dodając wszystkim otuchy swoimi solidnymi kratami, a przewieszony przez ramię Andyego karabin snajperski  wyglądał groźnie jak zawsze. Efektu nie psuł nawet brud, którym olbrzym wysmarował lufę, żeby refleksy światła nie zdradzały pozycji strzelca. David dźwigał w szerokim plecaku zapasy amunicji i butelki z wodą. Jedną z nich, Conor zdążył już opróżnić do połowy. James po raz kolejny obrzucił swoich współpracowników taksującym spojrzeniem, sprawdzając, czy wszyscy są gotowi. Ich twarze był niemalże lustrzanymi odbiciami uczuć, które targały jego własną duszą. Widział w nich ekscytację, zapał, ale również i odrobinę strachu i niepewności. Nad wszystkim jednak unosiło się Oczekiwanie. Mężczyzna skinął z zadowoleniem głową.
– Zacznijmy polowanie!
Zdołali wykrzesać z siebie coś, co przy dobrych chęciach można by nazwać okrzykiem bojowym i odwracając się na piętach ruszyli w kierunku ściany lasu.
Już w pierwszej sekundzie nie obyło się bez dramatu. Panującą w zagajniku ciszę przerwał głośny, kobiecy krzyk. James rzucił pytające spojrzenie w kierunku Jane, jednak ku swojemu zaskoczeniu zobaczył, że dziewczyna wygląda na równie zbitą z tropu co on. Rozglądała się dookoła w poszukiwaniu źródła dźwięku. Nagle, gdzieś z przodu zaczęły dochodzić odgłosy kogoś, lub czegoś ciężkiego przedzierającego się przez krzaki jeżyn.
– Zabierzcie to ode mnie! Zabierzcie!
Z pomiędzy drzew wypadł David w poszarpanej przez kolce koszuli. Mężczyzna wymachiwał szaleńczo rękami przy wtórze tupotu stóp. Wglądał jakby tańczył makarenę.
– Spierdalaj ode mnie! Spierdalaj!
Tony, które wyciągał ze swoich strun głosowych historyk, wydawały się niemożliwe do wytworzenia przez męskie gardło. James podbiegł do miotającego się przyjaciela wypatrując niewidzialnego napastnika, jednak nieustanny ruch, w którym znajdował się jego współpracownik czynił to zadanie niemalże niemożliwym. W akcie desperacji, mężczyzna rzucił się na Davida i przygniótł go ciężarem ciała do warstwy zbutwiałych liści i odchodów leśnej fauny. Dopiero wtedy dostrzegł to, co wprowadziło historyka w tak głęboką histerię. Po plecach jego koszuli spacerował niewielki, czarny pająk o lśniących oczach. James strącił ostrożnie stworzonko, nie chcąc mu zrobić krzywdy. W końcu to oni wtargnęli do jego domu.
– Już, już! Uspokój się! Drzesz się jakby to był co najmniej czterometrowy aligator… Przepłoszysz nam Diabła!
David powoli dochodził do siebie. Po chwili wznowili marsz. Robiło się coraz ciemniej, czego powodem były zarówno gęstniejące drzewa, jak i zbierające się nad ich głowami burzowe chmury. Vince podrzucił propozycję, aby przełożyć poszukiwania potwora na następny dzień, albo chociaż przeczekać ulewę w samochodzie, jednak nikt go nie poparł. We wszystkich obudził się instynkt kryptozoologów. Andy wyforsował się naprzód i już po chwili zniknął reszcie z pola widzenia. Olbrzym po prostu rozpłynął się w powietrzu, bezszelestnie przemierzając las w poszukiwaniu swojej upragnionej zwierzyny.
Nagle, do uszu Jamesa dobiegł dziwny dźwięk, zupełnie niepasujący do scenerii, w której się rozległ. „Skąd u licha prześcieradło w środku…”. Przypomniał sobie słowa, którymi Pontberry opisywał swoje spotkanie z Diabłem „łopotanie skrzydeł”… Błyskawicznie obrócił się do tyłu i spojrzał w górę. Coś ciemnego i rozmazanego spadało na nich niczym pikujący orzeł. Gdy tylko zorientowała się, że została dostrzeżona, bestia wydała z siebie przerażający skrzek. Teraz już wszyscy członkowie drużyny stali z zadartymi ku niebu szyjami i z mieszaniną strachu oraz fascynacji wlepiali wzrok w zbliżający się kształt. Nikt nie podejmował nawet próby ucieczki, każdy wyglądał tak, jakby jego nogi przywarłi do podłoża uniemożliwiając poruszanie się.
Gdy wydawało się już, że atak jest nieunikniony, gdzieś zza pleców Jamesa rozległ się huk wystrzału, a po nim pełen bólu wizg wydobył się z piersi potwora. Buchnęła ciemna krew, która spadła ciężkimi kroplami na pobliskie liście i pnie, a po chwili bestia umilkła i gruchnęła o ziemię wzbijając w powietrze fontanny połamanych gałązek i fragmenty ściółki. Pysk stworzenia zarył się głęboko w zbutwiałe podłoże, a reszta jego ciała zaczęła drgać w rytm ostatnich uderzeń serca. Po chwili Diabeł z Jersey znieruchomiał. Był martwy.
Prawie minutę zajęło Jamesowi i innym zrozumienie tego, czego przed chwilą byli świadkami. W tym czasie, Andy, bowiem to on był tym, który oddał strzał, zdążył odtańczyć taniec zwycięstwa, wydać z siebie kilka tryumfalnych okrzyków, i z błyskiem żądzy w oczach ruszyć w stronę powalonej zwierzyny ściskając w dłoni nóż do skórowania. Dopiero to otrzeźwiło jego szefa. James rzucił się pędem w kierunku kryptydy i własnym ciałem zagrodził brodaczowi drogę do truchła.
– NIE! Andy, nie będziesz go skórował! Potrzebujemy go w całości! Musimy przeprowadzić dokładne badania, przeanalizować próbki, zrobić zdjęcia… Obiecuję, że dostaniesz swoje trofeum, ale musisz z tym odrobinę poczekać, jasne?
Olbrzym nie wydawał się zbytnio przekonany. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że owa „odrobina” może zamienić się w całe lata, podczas których ciało upolowanego przez niego Diabła będzie krążyć po niezliczonej ilości laboratoriów i instytutów badawczych, aż w końcu „zaginie” gdzieś pomiędzy szczątkami Yeti i Potwora z Loch Ness… W najlepszym wypadku wyląduje w muzeum historii naturalnej i stanie się główną atrakcją turystyczna, przy której szajbnięte nastolatki będą sobie strzelać fotki z wyciągniętej ręki… Nie protestował jednak, w końcu to James był tu szefem, i to od niego zależała jego ewentualna wypłata lub jej brak.
Zanim jednak zdążył schować swój nóż, z nieba spadł kolejny potwór i bezszelestnie rzucił się na Vincea uderzając go kopytami w pierś. Ten okaz był większy od tego, którego udało im się ustrzelić co najmniej o pół metra. Siła ciosu posłała wyjącego z bólu i strachu chłopaka na ziemię. Bestia złożyła skrzydła i wylądowała tuż u stóp czarnoskórego. Zanim Andy zdołał złożyć się do strzału, końska paszcza otworzyła się szeroko i stwór jednym kłapnięciem szczęki zdarł twarz Vincea rozszarpując mięśnie i miażdżąc kości. W tym samym momencie, brodacz pociągnął za spust, i głowa Diabła zniknęła w rozbryzgu czerwieni. Dla chłopaka było jednak już za późno. Jego przeraźliwe wrzaski trwały jeszcze przez chwilę, jednak w końcu umilkły gdy spływająca ze straszliwej rany krew zalała mu płuca.
Jane rzuciła się w kierunku jego pokiereszowanego ciała łkając głośno, jednak zanim zdążyła do niego dobiec, David chwycił ją w pół i pociągnął w kierunku, z którego przyszli. Jamesowi wydało się to bardzo rozsądnym pomysłem.
– W nogi! Do samochodu, do samochodu!
Nikomu nie musiał tego dwa razy powtarzać. Nawet Jane przestała się wyrywać  historykowi i posłusznie ruszyła biegiem. Andy też nie wydawał się zbytnio zainteresowany pozostaniem w zagajniku choćby chwilę dłużej. Miarą jego strachu było to, że nie poświecił swojej nowej zdobyczy nawet jednego spojrzenia i uciekł zostawiając ją na pastwę robaków. Brodacz nie zdołał jednak pokonać  więcej niż kilka kroków, gdy gdzieś spomiędzy drzew padł strzał, który ugodził go w klatkę piersiową. Rozglądając się za nowym zagrożeniem, James zawrócił po upadającego przyjaciela.
Nie mógł zrozumieć co się dzieje. Ktoś próbował ich zabić, ale dlaczego? I kto? Czy możliwym jest, aby była to zemsta Earla za ustrzelone krowy? Nie, to bez sensu. Nikt nie morduje w odwecie za dwie sztuki bydła… Zwłaszcza jeśli otrzymał za nie słone odszkodowanie. Ale jeśli nie on, to kto? Mężczyzna nie mógł sobie w tym momencie przypomnieć nikogo kto życzyłby mu śmierci.
Dopadł do leżącego na twarzy olbrzyma i osunął się na kolana. Tył podkoszulka jego przyjaciela przesiąknięty był krwią, która wciąż wypływała z szerokiej rany. James nie znał się zbyt dobrze na medycynie, ale postrzał wydawał się niebezpiecznie blisko serca. Próbował odwrócić brodacza na plecy, ale jego bezwładne ciało ważyło więcej niż był w stanie unieść. Jego własne ubranie zaczęło zabarwiać się na ciemny szkarłat, a strużki ciepłej krwi spływały mu po rękach. Gdzieś w oddali rozległ się męski krzyk, a po nim nieco wyższy – kobiecy, któremu towarzyszył wściekły skrzek rozjuszonego zwierzęcia. Potem był kolejny huk wystrzału, tym razem trochę dalej.
Andy zacharczał po raz ostatni i przestał oddychać. Zrozpaczony James podniósł się na nogi, i wypatrując kolejnych potworów, ruszył w kierunku, w którym pobiegli jego pozostali przyjaciele, choć po tym co słyszał, nie spodziewał się zobaczyć ich żywymi. Przedzierał się przez kolczaste krzewy rozdzierając sobie spodnie i kalecząc dłonie. Chciał wołać o pomoc, wykrzyczeć imiona swoich towarzyszy, ale za bardzo się bał, że zdradzi tym swoją pozycję. Coś leżącego w cieniu rozłożystego dębu przykuło jego uwagę. Wytężył wzrok nie chcąc ryzykować zbliżaniem się. Rozpoznał nadruk myszki Mickey na koszulce… Uśmiechnięta twarz najbardziej rozpoznawalnego bohatera Disneya poplamiona była szkarłatem.
Przyspieszył. Tam, pośrodku wydeptanej przez zwierzęta dróżki… To David, czy Conor? Tyle razy widział detektywa leżącego na ziemi, ale mimo to nie był w stanie rozpoznać rozciągniętego na ziemi ciała. Twarz trupa zamieniona była w pół kilo siekanego mięsa poprzetykanego fragmentami potrzaskanej czaszki. Szarawa breja mózgu rozprysła się na pobliskim pniu drzewa - efekt wystrzału, który usłyszał.
Popędził dalej przed siebie. Rozpaczał w duchu nad tym, że nie zatrzymał się nawet nad zwłokami przyjaciół, ale strach o życie zmuszał go do ratowania własnej skóry. Na żałobę przyjdzie czas później. Las stawał się coraz rzadszy, a rosnące w nim drzewa coraz cieńsze. Zdecydowanie zbliżał się do miejsca, w którym zostawił auto… Powietrze przeszył niemożliwy do pomylenia z czymkolwiek innym dźwięk syreny policyjnej. Niemal płacząc z ulgi, mężczyzna podwoił wysiłki, i już po chwili wypadł na otwartą przestrzeń, wprost pod nadstawione lufy szeryfa i jego zastępcy. Zatrzymał się gwałtownie i uspokajająco podniósł dłonie na wysokość piersi.
– Spokojnie panowie, nie jestem uzbrojony… Musicie mi pom…
Nagle jego spojrzenie uciekło nieco w bok, gdzie ze skutymi za plecami dłońmi leżał twarzą do ziemi David. Historyk cały pokryty był krwią. Trudno było powiedzieć czyją – swoją, czy może też Conora lub Jane. Tylko dlaczego wyglądał jakby został zatrzymany przez stróżów prawa? James zastanowił się przez chwilę. Biorąc pod uwagę to, jak wyglądał, można było powziąć pewne podejrzenia… Należało wyjaśnić sprawę.
– Panowie, to nieporozumienie! Mój przyjaciel i ja…
– Na kolana i ręce za głowę!
– Słucham? Ja przecież nie zrobiłem nic złeg…
Świst pocisku przelatującego tuż obok ucha sprawił, że nogi same się pod nim ugięły.
– To był strzał ostrzegawczy! Następny będzie pomiędzy oczy, zrozumiano? Na kolana i ręce za głowę!
Nie chcąc sprawdzać na ile można trzymać szeryfa za słowo, James posłusznie wykonał polecenia i pozwolił się zakuć w kajdanki. Stojący za nim sierżant, brutalnym szarpnięciem postawił go na nogi.
– Jedziemy na komisariat!
Mężczyzna rzucił Davidowi zrezygnowane spojrzenie. Oczy historyka były puste, zupełnie jakby to, co widział, wypaliło w nim owe psotne iskierki, które zawsze czaiły się w jego źrenicach.
***
– A wiec twierdzicie, że waszych przyjaciół zabił Diabeł z Jersey, tak?
James skinął potakująco głową. Ostatnie kilka godzin spędził w ciasnym, zadymionym pokoju przesłuchań na posterunku policji w Leeds Point i ze szczegółami odpowiadał na zadawane przez szeryfa pytania, których większość utrzymywana była w dość sceptycznych klimatach.
– Panie Stiller… W pańskim pokoju motelowym znaleźliśmy granaty i karabin maszynowy AK–47… Że już o hurtowej ilości narkotyków nie wspomnę… Sądzi pan, że uwierzę w historyjkę o przeklętym dziecku? Zostaliśmy wezwani do Greenwater, ponieważ ktoś zgłosił, że słyszał dochodzące stamtąd strzały. To teren należący do Rady Miasta, i nie wolno na nim polować. Gdy zjawiliśmy się na miejscu, pan i pański kolega wypadliście prosto na nas ociekający krwią i opowiadający niestworzone historie o Diable… W zagajniku odkryliśmy cztery ciała, z czego krew dwójki znaleziono na waszych ubraniach… Wiecie jak wygląda to z mojej perspektywy?
Szeryf zrobił znaczącą pauzę i rozparł się wygodniej w fotelu.
– Przyjechaliście do Leeds Point zwabieni dreszczykiem emocji... Zabraliście ze sobą zapasy alkoholu i połowę narkotykowej meliny… Że o arsenale nie wspomnę… Zabalowaliście, co? Szkoda tylko, że skończyło się to tragedią! W narkotycznym szale pozabijaliście swoich przyjaciół, a wasze otumanione umysły nakarmiły was historyjką o Diable z Jersey…
– Ale przecież Andy zastrzelił dwa te bydlaki! Ich ciała nadal tam muszą być! Musicie ich poszukać! – James nie mógł uwierzyć, że ktoś tak niekompetentny został wybrany na szeryfa.
– Moi ludzi przeczesali większą część zagajnika bardzo dokładnie. Jedyne co znaleźliśmy, to ciała tej czwórki i mnóstwo śmieci wyrzucanych przez turystów! Żadnych koniowatych bestii z jarzącymi się ślepiami…
James oklapł na swoim krześle. Czy naprawdę mogło być tak, jak to opisał szeryf? Czy mógł zabić Andyego bądź któregoś z pozostałych członków drużyny? Owszem, czasem przebiegał mu po głowie podobne myśli, zwłaszcza jeśli chodziło o brodacza, jednak nigdy nie wprowadziłby ich w czyn! A jeśli zażyte narkotyki sprawiły, że puściły mu hamulce? Sęk w tym, że mężczyzna nie mógł sobie przypomnieć by zażywał coś ciągu ostatniej doby… David, owszem, ale James był przekonany, że historyk nie byłby w stanie skrzywdzić nawet muchy… Ta cała sprawa była jakaś podejrzana i śmierdziała przekrętem na ogromną skalę.
– Za godzinę zawiozę was do lokalnego zakładu karnego, gdzie poczekacie sobie na rozprawę. Nie wróżę wam krótkiej odsiadki… Tacy jak wy, zwykle źle kończą!
James z przyzwyczajenia zerknął na zegarek. Piąta dwadzieścia. Świetnie… Czy ta cała historia mogła skończyć się większą katastrofą?
***
Oświetlone bladymi promieniami księżyca gniazdo wiło się i skręcało od wypełniających je młodych.  Niewielkie, ślepe jeszcze pisklaki, które już za kilka lat będą wzbudzać postrach wśród mieszkańców New Jersey skrzeczały cichutko domagając się od matki posiłku. Nie miały pojęcia, że zostały sierotami. Oboje ich rodzice zginęli tego dnia od kuli pyszałkowatego przybysza z Philadelphi, który uznał, że może swoja obecnością skalać uświęconą ziemię zagajnika Greenwater. Na szczęście, młode miały kogoś, kto się nimi zaopiekuje. Kogoś, kto odda im należną tym nadprzyrodzonym istotom cześć…
Spomiędzy drzew wyłoniła się odziana w czarną szatę postać, uginająca się pod ciężarem dźwiganego na plecach worka. Gdy tylko znalazła się w pobliżu gniazda, zrzuciła swój bagaż i upadła na kolana przed wiercącymi się niespokojnie pisklakami, po czym sięgnęła do wnętrza pakunku. Wydobywszy z niego kilka krwawych ochłapów, tajemnicza zjawa rzuciła je pomiędzy młode i z zadowoleniem przyglądała się agresji z jaką walczyły o jedzenie. Tak, z pewnością będą wzbudzały strach, zupełnie jak ich rodzice…
Powiał mocniejszy wiatr, i księżyc rzucił nieco więcej blasku na rozgrywającą się pod gałęziami drzew scenę. Kawałki mięsa, którymi tajemnicza postać karmiła swoich potwornych podopiecznych okazały się odciętymi ludzkimi palcami. Zakapturzony człowiek sięgnął do worka ponownie, i tym razem wyciągnął z niego całą rękę, z wciąż oplatającą ją złotą bransoletą drogiego zegarka. Z pomrukiem zadowolenia, kultysta zsunął ostrożnie swój łup i obejrzał go dokładnie.
– Zająłeś się wszystkim?
Głos pojawił się jakby znikąd. Dopiero po chwili z ciemności wyłonił się jego właściciel. On również spowity był od stóp do głów w czarną szatę, która wzdymała się wokół niego na wietrze, nadając mu fantastyczne kształty.
– Tak. Nikt się nie dowie o tym, co tu zaszło.
– Doskonale. Tajemnica Diabła z Jersey musi pozostać zagadką dla świata. Tylko my, którzy widzimy w nim prawdziwie boską istotę, jesteśmy godni by wiedzieć o jego istnieniu…
Druga postać jęknęła z zawodu.
– Ten cholerny zegarek jest zepsuty! Pokazuje piątą dwadzieścia! Pieprzona podróbka…
Nowoprzybyły kultysta rzucił swojemu towarzyszowi karcące spojrzenie.
– Nie znieważaj tego świętego miejsca swoim plugawym językiem… szeryfie!
– Przepraszam, Mistrzu.
Ten jednak już wtopił się w noc. Ponownie wzdychając, szeryf Leeds Point po raz kolejny sięgnął do worka. Jego nowi podopieczni byli wyjątkowo żarłoczni…

 I tak oto po raz pierwszy zakończyłem na swoim blogu jakąś serię :D Fajne uczucie ^^ mam nadzieję, że zaskoczyłem :D 
BTW...To mój setny post! :D Otwieram łyskacza :D 


wtorek, 22 lipca 2014

Jersey Devil V

James usłyszał odgłos nadbiegających ludzi i przezornie położył dłoń na lufie karabinu Andy’ego kierując ją bezpiecznie ku dołowi. Brodacz nie wyglądał na zbytnio zadowolonego, ale zachował wszelkie obiekcje dla siebie. Jako pierwszy, zza drzew wyłonił się David. Rozejrzał się dookoła, jednak jego uwagę szybko przykuł ciemny kształt leżący na polanie. Zapach krwi zdążył się już rozlać po okolicy wywołując jęki obrzydzenia u pozostałych członków ekipy, którzy nadeptywali historykowi na pięty. Mężczyzna stanął jak wryty, kilkanaście kroków przed martwym zwierzęciem wpatrując się w nie wytrzeszczonymi oczami. Wiszące nad ich głowami ciemne, sztormowe chmury, z których spadały już prawdziwe potoki deszczu uniemożliwiały mu identyfikację nieruchomego ciała, nie zamierzał jednak ryzykować i podchodzić za blisko.
                -Dopadliście skubańca?
                Głos Davida był pełen nabożnego wręcz szacunku, zupełnie jakby miał przed sobą otwartą trumnę, w której spoczywają zwłoki jego najlepszego przyjaciela. Pobrzmiewające w nim nutki ekscytacji mieszały się z odrobiną lęku. Nadal nie mógł sie zmusić by podejść bliżej i dotknąć leżącej kilkanaście kroków przed nim bryły mięsa.
                James otworzył usta by cos powiedzieć, jednak absurdalność sytuacji sprawiła, że mógł jedynie bezradnie poruszać wargami niczym ryba wyrzucona na brzeg. W końcu, zrezygnowany machnął ręką i odwrócił się w kierunku drugiej krowy, tej, której reszta jeszcze nie widziała. Strzelec natomiast oblał sie pąsowym rumieńcem pochłoniętym niemalże przez otaczającą go ciemność. Tylko jego szef mógł go zobaczyć. Nie chcąc najwidoczniej przyznać się do błędu, brodacz najzwyczajniej w świecie zaczął gwizdać, odcinając się od całej sytuacji. Dźwięk był zupełnie nie na miejscu- stali na odsłoniętej polanie w środku lasu, otoczeni przez zapadając mrok, smagani podmuchami zimnego wiatru i zalewani potokami morskiej wody spadającej z nieba…W dodatku, gdzieś w pobliżu mógł wciąż znajdować się nieznany nauce drapieżnik, którego sam wygląd wystarczył by dorosły mężczyzna narobił w spodnie. Wszystko to przy akompaniamencie gwizdów.
                Należałoby również wziąć pod uwagę to, że wkroczyli najwyraźniej na czyjąś posiadłość i uśmiercili dwie sporych rozmiarów krowy, co przez niektóre kultury, może zostać odebrane jako nieuprzejme. Ameryka nigdy nie słynęła z gościnności. Ba, gdyby dokładnie przeanalizować jej historię, nie słynęła również jako pożądany gość. Indianie z pewnością mieliby dużo do powiedzenia w tej kwestii, gdyby nie to, że współcześnie byli zbyt zajęci prowadzeniem kasyn i mieszkaniem w rezerwatach…
                Nie doczekawszy się odpowiedzi, David, jak na prawdziwego mężczyznę przystało, cofnął się o parę kroków i odepchnąwszy na bok przyklejonego do niej Vince’a, położył dłonie na ramionach Jane.
                -Jane…Chcę żebyś wiedziała, że cokolwiek się stanie… Będę żałował, że nigdy nie zaciągnąłem cię do łóżka.
                Po czym obrócił zaskoczoną jego nagłą wylewnością kobietę tak, że stała teraz plecami do martwego zwierzęcia, i pchnął ją w jego kierunku.
                -Uważaj na paszczę! Jak  pomyślę o tych wszystkich zębach…Brrr! Przypomina mi się ten film dokumentalny o rekinach…Zatapiają kły w swoich ofiarach, a potem robią beczki żeby wyrwać jak największy kawałek mięsa…A może to były krokodyle? Jane, ty jesteś biologiem…?
                W odpowiedzi zobaczył tylko wyprostowany środkowy palec, i pędzącą mu na spotkanie niską sylwetkę. W ciemności, nie mógł rozpoznać rysów twarzy, mógł wiec to być tylko i wyłącznie Vince. „Czarnoskórzy byliby doskonałymi materiałami na ninja”, zdążył pomyśleć zanim otrzymał solidny cios z tarana w brzuch. Przewrócił się na ziemię i poczuł czyjeś ciało przelewające się przez niego. Przez chwilę kotłowali się pośród zeschłej trawy i zbierających się kałuży błota, aż w końcu Davidowi udało się przygnieść napastnika do ziemi.
                -Stary, co ci odbiło? Mamy tu sytuację kryzysową, a ty bawisz się w don Kichota…
                Nie mógł dostrzec twarzy drugiego mężczyzny, pomimo tego, że dzieliło ich zaledwie kilkanaście centymetrów.
                -Trzymaj swoje brudne łap z daleka od mojej kobiety, białasie!
                Od strony gdzie stała Jane, dobiegło ich zirytowane prychnięcie.
                -Chyba za mocno oberwałeś Vince! Nie jestem „twoja”. Nie potrafisz nawet wiązać butów jeśli nie dostaniesz instrukcji obsługi… I o co chodzi z tymi luźnymi spodniami? Wiesz w ogóle co one oznaczają? Zadałeś sobie kiedykolwiek dość trudu, by chociaż spróbować się dowiedzieć? Zresztą….nieważne.
                Po tych słowach odwróciła się od ubłoconych mężczyzn, i ruszyła ostrożnie w stronę ciemnego kształtu. Gdy dzieliło ją od niego już tylko kilka kroków, przestała się skradać i ostatnie metry pokonała niemal sprintem. Położyła obie dłonie na stygnącej skórze zwierzęcia.
                -I?- David zdążył już podnieść się na nogi i próbował teraz nieco otrzepać swoje drogie ubranie z oblepiającej je mazi. Jedyne efekt jakie uzyskał, to jeszcze więcej smug i rosnąca irytacja.- To nasz diabeł?
                -Cóż…-głos Jane był pełen ledwo tłumionego rozbawienia- jeśli tak, to nigdy nie mieliśmy do czynienia z kryptydą. Ten gatunek jest znany nauce od tysięcy lat…
                -Naprawdę?- James udał głębokie zdziwienie podchodząc do klęczącej przy zastrzelonej krowie kobiety.- Jesteś pewna, że ta latająca maszkara od lat była na zdjęciach w podręcznikach do przyrody? Andy, wiedziałeś o tym?
                Olbrzym wymamrotał coś niezrozumiałego. Większość słów utonęła w szumie kropel deszczu uderzających o liście, jednak można było wyłapać pojedyncze słowa. „Karabin” i „dupa”. To niecodzienne połączenie nie wróżyło niczego dobrego, toteż James natychmiast odwrócił się od przyjaciela, i uśmiechnął się do Jane puszczając jej oko. Miał ochotę zrekompensować sobie przeżyty tej nocy stres trzymając historyka w niepewności kilka chwil dłużej.
                -Wiesz co, Jane…Przypominam sobie chyba, że mój dziadek miał kilka takich na swojej farmie…Niebezpieczne stwory… Widziałem jak tymi swoimi kopytami roztrzaskały ogrodzenie…
                David poczuł nieodpartą potrzebę by podejść bliżej i na własne oczy przekonać się czym tak naprawdę jest upolowane przez Andego stworzenie, jednak instynkt przetrwania twardo trzymał go w miejscu. Nawet Vince poddał się powadze sytuacji, przełknął bowiem swoją gangsterską dumę i skulił się za najbliższym drzewem wstawiając zza niego jednie głowę. Z całą pewnością w ten sposób przygotowywał się do kolejnego skoku na bank. Tacy jak on nie wiedzą co to strach…
                Historyk był jednak człowiekiem innego sortu. Przyzwyczaił się do pracy w biurze. Akcje terenowe nie były jego najmocniejsza stroną. Ze złapanymi okazami lubił mieć kontakt tylko i wyłącznie wtedy, gdy występowały w formie miękko wyprawionych futer leżących przy kominku. Biorąc pod uwagę fakt, że w Philadelphi przez okrągły rok panowały potworne upały i ludzie nie byli na tyle głupi, by dodatkowo podnosić temperaturę przez rozpalanie ognia w środku domu, kontakt ten ograniczał do zera. Oglądał zdjęcia i to mu wystarczyło. Zupełnie jak z seksem gdy nachodziło go lenistwo tak ogromne, że nie chciało mu się nawet wyskoczyć do klubu.
                Teraz jednak stał niemalże oko w oko z bestią, która rozszarpała już dwoje ludzi i nie wiedział, czy powinien uciekać z powrotem do motelu i narazić się na postrzał Tonyego, czy też po prostu umrzeć ze strachu. Najchętniej zamieniłby się miejscami z Conorem, który najprawdopodobniej właśnie słodko sobie drzemał w towarzystwie dziesiątek niewielkich, sześcionogich przyjaciół, na twardym jak czaszka Andyego materacu… W tej chwili, obraz ten wydawał się mężczyźnie uosobieniem raju na ziemi. W końcu, ciekawość wzięła górę nad rozsądkiem, i zamiast uciekać, cofnął się jedynie o kilka kroków do tyłu i zapytał drżącym z przejęcia głosem:
                -Co…To kurwa jest?
                Jane przybrała niezwykle poważny wyraz twarzy, zupełnie jak lekarz oznajmiający pacjentowi, że jego choroba jest nieuleczalna. Cały efekt psuło jednie to, że David nie mógł tego widzieć. James jednak nie mógł powstrzymać się od uśmiechu.
                -Bos Taurus. Występuje powszechnie na terenach od Euroazji po obie Ameryki, Australię i Afrykę. Na Antarktydzie przeważnie w formie konserw składowanych na stacjach badawczych…
                -Bos Taurus?- Vince wydawał się przerażony, zupełnie jakby samo wypowiedzenie tej straszliwej nazwy mogło sprowadzić na niego gniew niebios objawiając się w zbyt wąskich spodniach.- Co to za cholerstwo?
                David rozluźnił się widocznie i zdławił wymykając się mu z gardła śmiech.
                -To krowa, ośle! Znajomość łaciny nie boli! Andy…Dlaczego zastrzeliłeś krowę?
                Olbrzym wzruszył ramionami, i zaczął szperać po licznych kieszeniach swojej myśliwskiej kurtki.
                -Wyeliminowałem zagrożenie. Popatrz tylko jak wielkie rogi ma to bydle! Wyobraź sobie jakby wyglądał jej łeb z twoim tyłkiem nabitym na nie jako trofeum, a potem możesz mi podziękować.
                Brodacz kucnął przed martwym zwierzęciem zaciskając w dłoni niewielki nożyk, który wyciągnął z przepastnych czeluści kombinezonu w moro. Przycisnął ostrze do łaciatego brzucha i pchnął, zagłębiając klingę aż po rękojeść. Odór krwi i czegoś gorszego przybrał na sile. Ciemne strumyki zaczęły spływać wraz z potokami deszczu.
                -Co…Ty…Kurwa…Robisz…?
                James wytrzeszczał oczy z niedowierzaniem spoglądając na dziwaczny rytuał, który odprawiał jego towarzysz.
                -Z moich obserwacji wynika,- David odzyskał już swój zwyczajny, wesoły ton, w którym strach ustąpił miejsca kpiącemu autorytetowi- że nasz myśliwy ma zamiar złożyć dziękczynną ofiarę bogom lasu, jako że z ich błogosławieństwem odegnał klęskę głodu od swego plemienia. Najprawdopodobniej wytnie i zje serce swojej zdobyczy, aby tym samym uhonorować jej poświecenie. Jego gatunek jest silnie związany z mocami przyrody…Duch Puszczy, Krąg Życia, New Age…Oglądałeś chyba „Avatara”, co nie? Jedna różnica pomiędzy nim, a tymi niebieskimi ekologami jest to, że dzisiaj „akurat” nie wziął ze sobą swojego łuku…
                -Nagle zostałeś ekspertem w dziedzinie antropologii, co?- głos Jane był kąśliwy, jakby wciąż nie wybaczyła koledze, że wysłał ją samą by zbadała rzekomego Diabła- To ja tutaj jestem biologiem!
                Wydała z siebie gulgoczący dźwięk, coś pośredniego pomiędzy parsknięciem śmiechem a kichnięciem.
                -Podobne zachowanie widziałam u prymitywnych plemion amazońskich. Szamani, za pomocą rytualnych ostrzy nacinali brzuchy zaszlachtowanych zwierząt, by z ich wnętrzności odczytać przyszłość…Cóż widzisz w tym świętym Jelicie Grubym, o Wielki Myśliwy? Jaka przyszłość nas czeka?
                Jakby w odpowiedzi na jej kpiące pytanie, do ich nozdrzy przedostał się trudny do pomylenia z czymś innym zapach.
                -Gówniana, jak mniemam- David odsunął się trochę od patroszącego krowę mężczyzny. Tylko James był na tyle odpowiedzialny, żeby spróbować powstrzymać Andy’ego przed tym niedorzecznym zajęciem.
                -Jeśli nie chcesz mi powiedzieć, że ta pieprzona krowa połknęła naszego Diabła na chwilę przed tym zanim ja zabiłeś, odłóż ten jebany nóż! Co z tobą nie tak? Masz jakieś chore zboczenie polegające na taplaniu się w zwierzęcej krwi??
                -Hmmm…O takim jeszcze nie słyszałem…-Historyk świetnie się bawił.
                -Zamknij mordę! Nie słyszysz, że rozmawiam z Andym? Trochę kultury ludzie, do kurwy nędzy!
                Wszyscy skierowali spojrzenie w stronę Jamesa. Wiedzieli, że ich szef nie należy do najcierpliwszych osób na świecie, ale takie wybuchy nie zdarzały się mu często. Coś musiało go najwyraźniej porządnie wyprowadzić z równowagi. Każdy z nich zastanawiał się co też to mogło być. Nawet Andy przerwał na chwilę swoja krwawą pracę i podniósł zdziwione spojrzenie na stojącego przed nim mężczyznę.
                -Szefie, rozumiem, że możesz czuć się zagubiony w zaistniałej sytuacji-olbrzym miał dziwny nawyk używania wyrafinowanych słów i sformułowań w chwilach, w których chciał być odbierany na poważnie- nie możesz jednak spychać swoich problemów emocjonalnych na niewinnych ludzi. Gdyby się nad tym głębiej zastanowić, problem któremu musimy stawić teraz czoło, został zapoczątkowany przez krowy! Albo przez farmera, do którego należą…Gdyby o nie dbał, nie pozwoliłby im włóczyć się po lesie tuż przed burzą…
                James otworzył szeroko szczękę nie mogąc wydobyć z siebie najmniejszego dźwięku. Coraz częściej zaczynał odnosić wrażenie, że jego podwładni nie należeli do grona przeciętnych, przychodzących do pracy w garniturach ludzi…Prawdę mówiąc, o ile sobie przypominał, dzień można było uznać za udany, jeśli żaden z nich nie pojawił się w biurze w niekompletnej garderobie…Andy wprost uwielbiał obnażać swoją szeroką, włochatą niczym zadek Yeti klatę i paradować w ten sposób po ulicach Philadelphi strasząc swoją postacią małe dzieci, które na jego widok błyskawicznie uczyły się chodzić i uciekały z wózków, byle jak najdalej od niedźwiedziowatego nieznajomego wyglądającego jakby miał zamiar je pożreć.
                Wrażenie to potęgował zwisający smętnie brzuch, a raczej opona, która poprzedzała brodacza o dobre piętnaście centymetrów. „Chłop bez brzucha słabo rucha”… James podejrzewał, że kłusownik ma to wytatuowane pomiędzy jedna a drugą fałdą tłuszczu. Można by oczywiście przypuszczać, że jego aktywny tryb życia, polegający na przemierzaniu leśnych ostępów ze snajperką i całą gammą innych broni, raczej przysłuży się do jego kondycji, jednak było zupełnie odwrotnie. Setki kilogramów zdobytego na tych samotnych wyprawach mięsa nie mogło się przecież marnować. Krąg życia- ciało ofiary stawało się częścią ciała drapieżnika, choć wielu stwierdziłoby, że zwinna sylwetka łani wygląda o niebo lepiej przed, niż po tym, jak zostanie skonsumowana i wchłonięta przez wiecznie pracujący na oparach paliwa mechanizm, jakim było ciało olbrzyma.
                Nawet on jednak nie był w stanie pobić rekordzisty w pojawianiu się częściowo nago, jakim był Conor. Dobry stary Conor…Wiele razy James dochodził już do wniosku, że jego przyjaciel pije w barach, w których jako zapłatę za wychylone drinki pobiera się części garderoby. Jakby tego było mało, były to zazwyczaj klub gejowskie, ponieważ w dziewięćdziesięciu procentach przypadków, pijanemu w sztok detektywowi brakowało dolnego przyodziewku. Do dziś nie mógł zapomnieć widoku gołego tyłka mężczyzny gdy odbierał go leżącego pod siedzibą Rady Miejskiej. Być może była to pewnego rodzaju forma protestu, bowiem rzeczywiście, jak się nad tym głębiej zastanowić, zarówno prezydent jak i jego doradcy mieli mieszkańców Philadelphi głęboko w dupie, bardziej zaprzątając sobie głowy problemami własnych kieszeni, niż zwykłych obywateli. Niech Bóg błogosławi Amerykę! I każdą piędź ziemi, na której postanie stopa jednego z jej bojowników o wolność!
                Zabawne, jak w przeciągu kilkunastu lat to słowo zmieniło swoje znaczenie. Za czasów takich ludzi jak Lincoln czy Roosevelt, kryła się za nim idea. Potem rozpoczęły się rządy Busha i obecnie kolejne oddziały amerykańskich złotych chłopców z bezinteresownością rzucają się na pomoc ciemiężonym ludom, wywrzaskując „Freedom!” za każdym razem gdy zanurzą swoje dłonie w czarnej cieczy tryskającej z owych zniewolonych ziem. „Freedom” można było obecnie kupić na każdym skrzyżowaniu, dla każdego ile dusza zapragnie. Amerykański sen śniony przez miliony zapadających w śpiączkę insulinową spowodowaną zamknięciem Burger Kinga na okres dwudziestu czterech godzin…
                Zdał sobie nagle sprawę, że pogrążony we własnych myślach odpłynął tak daleko, że nie docierały do niego słowa towarzyszy. Wszyscy stali teraz dookoła niego i spoglądali mu w twarz w sposób, w jaki można by kontemplować rzeźbę jaskiniowca w muzeum historii naturalnej.
                -Tak się wkurwił, że dostał udaru…-David zdobył się nawet na ton, w którym przy dobrych chęciach można by się doszukać troski- Halo! Ziemia do Jamesa…?
                -Może powinienem go uderzyć? To czasem pomaga.
                Akceptujące pomruki ostrzegły go w samą porę, by zdążył się uchylić przed ciosem okrwawionej pięści Andyego.
                -Spierdalajcie wszyscy, ale już! Nie zbliżajcie się z tą waszą ludową medycyną… Nic mi nie jest!
                -Przestraszyłeś nas szefie…Nie wiedzieliśmy co robić!
                -Na początek byłbym szczęśliwy wiedząc, dlaczego do cholery rozciąłeś tą nieszczęsna krowę? Szukasz trofeum? Weź rogi i spieprzajmy stąd zanim ktoś tu przyjdzie zwabiony strzałami!
                Brodacz uśmiechnął się konspiracyjnie.
                -No właśnie! Prędzej czy później ktoś się tu zjawi i znajdzie zastrzelone krowy…mogę się mylić, ale pewnie będzie chciał wiedzieć kto to zrobił…
                -Jasne, jestem pewien, że zostało mu w stodole jeszcze kilka, których nie zabiłeś. Zaprosi cię na kawę i ciasteczka, a później poprosi żebyś załatwił resztę…
                Nie zwracając uwagi na sarkazm pobrzmiewający w głosie Davida, olbrzym kontynuował.
                -…a chyba nie chcemy, żeby trafił do nas, prawda? Trochę boli mnie głowa, i nie mam ochoty wysłuchiwać kolejnych krzyków…No i pomyślmy o biednym Conorze! On też by cierpiał…
                -Do rzeczy, albo cię zwiążemy i zostawimy tutaj, żeby się upewnić, że cię znajdą!
                -Spokojnie szefie, spokojnie…Widziałem to w filmie…Wystarczy tylko porozrzucać dookoła trochę flaków i innych organów i upozorować tym samym działanie kosmitów…
                Wybuch śmiechu Davida zabrzmiał niczym kolejny wystrzał. Po chwili jednak umilkł, kiedy zorientował się, że Andy mówi poważnie. Rozbawienie zamieniło się na jego obliczu w troskę.
                -Stary…To trochę niezręczne pytanie, ale jako twój przyjaciel muszę je zadać…Czy ciebie do reszty popierdoliło? Nie możesz mówić poważnie! A jeśli tak, to z tego miejsca powinniśmy zawieźć cię do najbliższego psychiatryka, gdzie „kosmici” w białych kitlach wsadzą ci sondę w d…
                Nie dowiedzieli się gdzie olbrzymowi zaaplikowano by sondę, gdyż reszta zdania utonęła w huku wystrzału. Przez chwile wydawało się, że pocisk przeleciał gdzieś obok nich, jednak po chwili James poczuł palący ból rozchodzący się po jego ciele. Zgiął się w pół i upadł na kolana przyciskając dłoń do rany. Z jego ust wydarł się jęk cierpienia, a chwilę potem osunął się twarzą w błoto. Przez chwilę na powierzchni mulistej kałuży pojawiały się bańki powietrza.
                Tymczasem Andy, uzbrojony jednie w niewielki nóż, rzucił się w kierunku swojego karabinu, jednak został zatrzymany w połowie skoku przez wydobywający się z ciemności przed nimi głos.
                -Nawet nie próbuj tłuściochu, albo podziurawię ci ten kałdun jak durszlak…-chwila ciszy, a po niej stłumione przekleństwo. Czyjś zdławiony śmiech, a potem drugi głos ledwo głośniejszy od szeptu.
                -Earl, ty idioto-słowo utonęło w tłumionym chichocie-w filmach mówią „jak sito”. Choć raz zachowałbyś się jak należy, a nie jak tępy wieśniak, którym jesteś. Nie widzisz, że to miastowe?  Do nich trzeba z kurt…kutr…kuru…tą, kurwuazją!
                Dwie postacie opatulone szczelnie żółtymi sztormiakami wychynęły z ciemności. Każda z nich trzymała strzelbę wymierzoną w zebraną przy martwej krowie grupkę. Wyższa z nich, sądząc po głosie, mężczyzna nazwany Earlem podszedł bliżej i lufą broni wskazał na leżącego w błocie Jamesa.
                -A temu co? Ekolog? Był tu u nas kiedyś taki jeden…Też ze łbem w trawie siedział, gadał, że chrząszczy szuka. Panie, podnieś się pan, jak leje, to całe to paskudztwo schodzi się do motelu Tonyego!
                James ostrożnie podniósł się z ziemi. Jego uwalana błotem twarz wyrażała zarówno ból jak i zdziwienie. Ciągle żył. Niższy z mężczyzn zbliżył się do niego i wyciągnął dłoń chwytając go za przód bluzy i podnosząc na nogi. Przez chwilę spoglądali sobie w oczy. Usta przybysza wykrzywione były w złośliwym uśmieszku.
                -Boli, co?
                -Co to kurwa ma znaczyć? Postrzeliliście mnie! Rozum wam wszy zjadły? Mogłem zginąć, wy bezmózgie kutafony! A żeby wam tak jaja zgniły i chuje odpadły!- ostatni bluzg pochodził z licznego repertuaru, który należał do jego sąsiada-Juana, przesiadującego całymi dniami na ganku i wywrzaskującego obelgi pod adresem wszystkich, którzy jego zdaniem naruszali zasady porządku publicznego. Miły człowiek, a przy tym niezwykle elokwentny.
                Na szczęście pistolet, który wręczył mu wcześniej Andy gdzieś się zawieruszył, w przeciwnym bowiem razie był niemal pewny, że w furii, która go opanowała, zacząłby strzelać. Zamiast tego wymierzył szczerzącemu się przed nim człowiekowi solidny cios w szczękę, który powalił go na ziemię. Nagle poczuł wokół nadgarstków żelazne obręcze. Próbował się wyrwać, jednak uściska Earla był niczym imadło.
                -Uspokój się, pan, uspokój! To gumowe kule! Nikogo jeszcze nie zabiły, ale za to potrafią nastraszyć…
                Przeniósł wzrok na martwe zwierze, a potem na leżącą opodal snajperkę.
                -W przeciwieństwie do tego maleństwa…Więc? Co macie na swoje usprawiedliwienie?
                James wytrzeszczył oczy i przestał się rzucać. Widząc, że się uspokoił, Earl wypuścił go z uścisku i pozwolił mu upaść na ziemię. Mężczyzna natychmiast uniósł podkoszulek by zbadać stan swojego ciała. Parę centymetrów poniżej serca, wykwitała w zastraszającym tempie szkarłatna plama sińca, jednak skóra nie była przecięta. Nie wylała się ani jedna kropla krwi. Odetchnął z ulgą i natychmiast pożałował, że uderzył przybysza. Ten z kolei krwawił i to dość mocno ze złamanego nosa.
                -Myślę…myślę, że się jakoś dogadamy…
                I tak też zrobili. Po tym jak opowiedzieli im całą historię pościgu za Diabłem, obaj mężczyźni natychmiast stali się bardziej przyjaźni i łatwiej było ich przekonać do ugodowego załatwienia konfliktu. Wychowując się na tych ziemiach, wraz z mlekiem matki przyswoili sobie tutejszy folklor, w tym przerażającą opowieść o przeklętym dziecku. Wierzyli też w całą masę bredni o latających talerzach porywających ludzi i kosmitach umieszczających im różne przedmioty w najróżniejszych otworach ciała.
Chociaż sam zazwyczaj nie dawał wiary opowieściom o obcych, biorąc pod uwagę to, czego był tego dnia świadkiem, ze zdziwieniem odkrył, że w głębi duszy zaczyna dokonywać rewizji swoich poglądów. Skoro Diabeł był prawdziwy, być może UFO również. Być może naprawdę istniały zielone ludziki, które lubowały się w naruszaniu największej prywatności ludzkiej. Albo po prostu po okolicy krążył gej-gwałciciel. Jeśli chodzi o niewielkie, zamknięte społeczności wiejskie, nigdy nic nie wiadomo.
W końcu po długiej rozmowie w trakcie której zdążyli wrócić do obskurnego motelu, i wypisaniu przez Jamesa czeku na stosunkowo niska sumę, w którą wliczone było pokrycie szkód związanych z uśmierceniem dwóch sztuk bydła, wizytą u dentysty, której wymagał uderzony mężczyzna i kosztem gumowego naboju, obie strony rozeszły się w swoim kierunku.
James rzucił Andy’emu sfrustrowane spojrzenie.
-Wisisz mi sześć kawałków. Dodając do tego wszystkie inne twoje wybryki, za które musiałem płacić, od tej chwili, do końca twojego nędznego życia powinieneś być moim niewolnikiem. Jednak ze względu na to, że takie postępowanie mogłoby urazić obecnego tu Vince’a, ze względu na jego przodków, którzy zostali sprowadzeni do naszego kraju wbrew swojej woli…
-Stary, o czym ty pieprzysz..? Moi rodzice pochodzą z RPA…Przyjechali do Stanów bo ojciec dostał awans w swojej firmie…
-Zamknij się, nie mówię teraz do ciebie! W ogóle nie powinno cię tu być, nie jesteś członkiem ekipy! A co do ciebie- ponownie zwrócił się do olbrzyma, dźgając go palcem w szeroką pierś. Niemal słyszał chrzęst ocierających się o siebie włosów gdy to robił.- nie obchodzi mnie jak, masz mi zwrócić moją kasę! Rozumiesz?
W odpowiedzi otrzymał szeroki uśmiech.
-Jasne szefie! Znam jednego szewca…Nie lubi zadawać zbyt wiele pytań. Załatwię ci nowiutkie buty ze skóry aligatora jak tylko wrócimy do domu. Wystarcz jedno polowanie i…
-Kasa! Nie jakieś jebane buty! Kasa!
Przesłanie najwyraźniej dotarło, bowiem brodacz skinął głową i nie poruszał już więcej tematu skóry aligatora. Przyjaciele ruszyli w stronę schodów prowadzących do pokoi, kiedy nagle spojrzenie Davida przykuły dwie postacie siedzące na rozpadającej się kanapie w „recepcji”. Siedzieli tyłem do niego, zatem trudno mu było rozpoznać twarze, ale w pewnym momencie uchwycił obraz profilu jednego z mężczyzn..
-Conor! Wskrzeszenie Łazarza to przy twojej rezurekcji małe piwo!- odrobinę się speszył- Wybacz, nie chciałem wspominać o alkoholu…Ale wciąż to robię, prawda? Zachowuję się jakbym był nawalony…Ups!
-Stul dziób eleganciku- głos detektywa był ochrypły jakby od nieużywania i suchy-i podaj mi lepiej jednego z tych twoich magicznych skrętów. Potrzebuję motywacji do działania.
Historyk rzucił pytające spojrzenie szefowi, a kiedy ten skinął głową, sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki.
-To z gorzałą ma problem, nie z ziołem. Nie zaszkodzi mu. W zasadzie, mi też coś zarzuć, Aptekarzu.
David z szerokim uśmiechem na twarzy wygrzebał garść białych i zadziwiająco suchych jak na panującą na zewnątrz pogodę skrętów i obleciał po kolei wszystkich przyjaciół częstując ich jonitem. James odpalił swojego zielonego papierosa i z błogością poczuł jak gęsty dym wypełnia mu tchawicę Odczekał do momentu, w którym jego twarz zrobiła sie czerwona z braku tlenu, i oczyścił płuca.
-A kim jest twój nowy przyjaciel?
-No tak…-Conor skinął tlącym się zawiniątkiem w stronę drugiego mężczyzny- wybiegliście tak szybko, że zupełnie zapomnieliście o swoim gościu… Poznajcie Chrisa Pontberry, człowieka, który uciekła Diabłu…Zupełnie jak Twardowski!
Wyraz konsternacji przebiegł po twarzach zgromadzonych. Widząc to, detektyw westchnął głęboko spowijając swoja głowę w chmurze narkotykowego dymu.
-Studiowałem z człowiekiem nazwiskiem Do-browsky…Miły gość, choć niewiele pamiętam z naszych wspólnych pogawędek… Zwykle kończyliśmy pod stołami…Student z wymiany. Polak. Za jego namową przeczytałem trochę jego ojczystej literatury…Wiedzieliście, że „Wiedźmin”, został zrobiony na podstawie książek jakiegoś kolesia z Polski?
-Serio? Myślałem, że pomysł jest całkowicie amerykański! Tyle godzin spędziłem nad tą grą…- David zauważył spojrzenia rzucane mu przez resztę zespołu- yyy…jako przygotowanie do pracy oczywiście…Studiowałem zachowanie mantikor i innych kryptyd… To doskonały symulator krypto zoologa.
-Chyba dla Andyego- wtrąciła Jane- On z pewnością nadałby się na jednego z wiedźminów. Chodzić z dwoma mieczami i wrzynać wszystko co jest zbyt brzydkie by trzymać to jako zwierzątko domowe? Tak, to cały on.
-Och, przestań-brodacz zarumienił się jak panna na wydaniu-  Chciałbym być wiedźminem, ale chyba się na niego nie nadaję…Poza tym, wolę myśleć o sobie jako o Kosmicznym Marines. To dopiero jest moc!
-Hej, HEJ!- James podniósł głos do tonu roztrzaskującego szyby w oknach.- Co to kurwa ma być? Klub Przyjaciół Książki? Macie uwagę na poziomie pantofelków! Skupcie się do ciężkiej cholery!
Popatrzyli na niego z ukosa, ale umilkli. Zadowolony, przeniósł wzrok na skulonego w kącie kanapy mężczyznę. W trzęsących się dłoniach ściskał kubek wypełniony jakąś mętną, żółtawą substancją roztaczającą dookoła silny zapach spirytusu. Miarą podłości jaką przedstawiał sobą trunek było to, że siedzący obok detektyw nawet nie raczył na niego spojrzeć.
-Nazywam się James Stiller, a to moi współpracownicy: Jane Owens, David Lesli i Andy Whimperton. Conora już pan pewnie zna.-Chris skinął twierdząco głową.- Opowie nam pan, co się wydarzyło?
Pontberry wziął spory łyk wypełniającej kubek cieczy, która najwyraźniej paliła mu gardło. Jego oczy tępo wpatrywały siew jeden punkt w podłodze, zupełnie jakby poplamione wymiocinami deski mogły mu udzielić odpowiedzi na pytania odnośnie sensu życia. Gdyby mogły, James był niemalże pewny, że zamiast spodziewanych wyjaśnień natury ludzkiej egzystencji, wybuchły by śmiechem.
-Zepsuł się rębak na wycince. Główny mechanik…Cóż, pewnie słyszeliście o tym, co go spotkało…Całe Leeds Point huczy opowieściami o jego rozerwanym na strzępy ciele… dlatego szef kazał mi zostać po godzinach i „naprawić ten jebany złom”. Obiecał mi premię, więc nie protestowałem…Mój ojciec miał warsztat samochodowy, znam się trochę na różnych silnikach… Zanim skończyłem, zaczęły się zbierać chmury…Powiał wiatr, a wraz z nim przyszedł dźwięk. Coś łopotało w powietrzu… Coś skrzeczało jak ranne zwierzę.
Początkowo wmawiałem sobie, że to tylko wycie powietrza w gałęziach drzew… Skończyłem robotę i ruszyłem ścieżką  w stronę miasteczka. Przechodziłem tamtędy nawet po kilka razy dziennie, i nigdy nawet się nie przewróciłem. To zawsze było takie spokojne miejsce…I wtedy znowu to usłyszałem. Nie mogłem się powstrzymać, spojrzałem w górę, a tam…Zacząłem uciekać. Wpadłem pomiędzy drzewa, licząc, że nie będzie w stanie za mną polecieć, ale za każdym razem, gdy myślałem już, że go zgubiłem, za moimi plecami rozlegał się jego skrzek. Skrzek rozrywanego gardła…
Biegłem przed siebie zataczając koła i błądząc, dobrze wiedząc co mnie czeka jeśli nie będę dość szybki….Nie wiem jakim cudem udało mi się dotrzeć do motelu. Już prawie pogodziłem się z losem, kiedy wyczułem zapach dymu. Kierowałem się nim, aż w końcu ujrzałem przerzedzenie. Resztę widzieliście.
Odstawił kubek i zakrył oczy dłońmi. Zapadła cisza. Wszyscy pogrążeni byli we własnych myślach, nawet Andy uszanował powagę chwili i nie wyskoczył z żadnym bezmyślnym pomysłem.  Milczenie przerwał Conor.
-To nie wszystko. Podczas gdy wy strzelaliście do niewinnych zwierząt…Tak Andy, słyszałem strzały i widzę krew na twoim ubraniu… Ja zająłem się pracą…
-Hej, hej! Tylko bez takich!- James zaczął się irytować- Nie mam zamiaru słuchać wymówek z ust, z których jedne co wyszło w przeciągu ostatniej doby to wymiociny! Przejdź do rzeczy, i nie zgrywaj ważniaka.
-Dobrze, szefie- Conor był nieco urażony, ale nie był w pozycji do kłótni. Wiedział, że przyjaciel ma rację.- Jak dotąd, mamy trzy przypadki ataków Diabła. Ofiara pierwsza- Aaron Shelby. Ofiara druga- Mickey Trant, główny mechanik pracujący przy wyrębie zachodniej części zagajnika Greenwater. I w końcu trzecia, na całe szczęście niedoszła ofiara- siedzący przed wami Chris Pontberry, były współpracownik Trant’a.
-I? Nie znaliśmy nazwiska drugiej ofiary…Na tym kończą się twoje rewelacje, Sherlocku.
Detektyw uśmiechnął się tryumfalnie. Miał jeszcze jednego asa w rękawie.
-Wiecie, kto złożył największe zamówienie na drewno z Greenwater, tuż przed tym jak zginął w makabrycznych okolicznościach?
-Niech zgadnę…-David był nieco blady na twarz- Aaron Shelby?
-Bingo, przyjacielu! W nagrodę, otrzymujesz darmowy bilet na wycieczkę do lasu! A skoro dzisiaj odznaczasz się wyjątkowym szczęściem, czy spróbujesz odgadnąć także, jak nazywa się ten las?
Conor potoczył pełnym dumy spojrzeniem po twarzach przyjaciół. Nikt nie ośmielił się odezwać.

-Ten, kto obstawiał, że odpowiedzią jest zagajnik Greenwater, będzie szedł w pierwszym szeregu. 

Neo, sorry za opóźnienie, mam nadzieję, że się spodoba ^^ Żeby nikt nie mówił, że nie dbam o ludzi, którzy mnie czytają :D