Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Isthmus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Isthmus. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 sierpnia 2014

Isthmus XV


Na mostku „Litanii Wściekłości” rozkazy nie milkły nawet na sekundę. Wszędzie panował nieustanny ruch i gorączkowa krzątanina dziesiątek oficerów, serwitorów, gońców i Kapłanów Maszyny odprawiających ostatnie rytuały mające zapewnić przychylność Mechanicznego Ducha. Nie była to jednak niezorganizowana panika, w którą wpadłaby zdecydowana większość załóg imperialnych okrętów w obliczu tak ogromnej przewagi wroga. Zaprawieni w bojach, doskonale znający się na swojej pracy, a co najważniejsze – trzymani w szachu przez żelazną dłoń swego dowódcy, podwładni kapitana Loxewa stanowili doskonały przykład tego, co czyniło ciągle prące do przodu Imperium Ludzkości tak niezwykle skuteczną i przerażającą siłą.
                Płynące z umieszczonych, co kilka metrów głośników modlitwy, spotykały się z natychmiastową odezwą, wypowiadaną pewnymi, nieugiętymi w obliczu śmierci głosami. Każdy, zarówno z obecnych na mostku, jak i pracujących na niższych pokładach, był zahartowanym w ogniu wojny weteranem całkowicie oddanym służbie Imperatorowi i nikogo nie przerażała myśl o poświeceniu w niej życia.
                Kapitan Loxew obserwował przebieg bitwy na wiszącym pod sufitem ogromnym monitorze. Stał dumnie wyprostowany, z rękami założonymi za plecami. Jego postawa i zacięte, jakby wykute z kamienia rysy twarzy nie pozwalały odczytać targających nim emocji, o ile ten twardy jak pancerz statku, którym dowodził, mężczyzna znał cokolwiek poza obowiązkiem. Migoczące punkty symbolizujące rzucone przeciwko wrogiej armadzie myśliwce i bombowce, topniały w oczach. Co prawda udało się im zniszczyć jeden z mniejszych krążowników nieprzyjaciela, ale nie miało to większego wpływu na przebieg całości bitwy. Loxew wiedział, że nie wyjdą cało z tego starcia. Wiedział to każdy, kto miał oczy i mógł ujrzeć rozmiar floty atakujących. Nie oznaczało to jednak, że zatwardziały służbista, który w nim mieszkał, zamierzał pozwolić, by jego załoga popadła w opieszałość.
                – Łącznościowiec! – Natychmiast podbiegł do niego niepozorny mężczyzna w fioletowym mundurze operatora VOX. – Połącz mnie z pokładem bojowym!
                Oficer skinął tylko głową i złożył dłonie na piersi w znaku Aquili. Powrócił na swoje stanowisko, a gdy kapitan do niego podszedł, podał mu nadajnik, na którym paliła się zielona lampka. Rozległ się suchy trzask.
                – Sertar, słyszy mnie pan?
                – Tak jest, sir!
                Głos głównego inżyniera był ledwo słyszalny przez zakłócenia, które zawsze towarzyszyły pracującemu na pełnych obrotach generatorowi plazmowemu. W tle można było wyłowić odgłosy przeładowywania dział i okrzyki pracujących załóg zbrojeniowych. Loxew niemalże się uśmiechnął słysząc te miłe dla jego ucha dźwięki. Kuranty wojny. One, i zapach rozgrzanego żelaza sprawiały, że serce każdego prawdziwego żołnierza napełniało się odwagą i wolą walki.
                – Czy działo plazmowe jest przygotowane do walki?
                Chwila ciszy. Inżynier najpewniej odczytywał rzędy danych wyświetlanych na panelu zbrojeniowym.
                – Mamy dziewięćdziesiąt siedem procent energii, sir! Wystarczy by „Strażnik” i „Wiara” nie zaliczyły ani jednego zestrzelenia! Pozwolenie na uruchomienie procedur celowniczych, sir?
                Tym razem nie mogło być mowy o pomyłce. Usta Loxewa rozciągnęły się w drapieżnym uśmiechu. Grymas miał w sobie zdecydowanie więcej nienawiści niż radości, co sprawiało, że efekt był piorunujący. Wśród załogi, co nie uszło uwadze zawsze czujnego dowódcy, panowało przekonanie, że do kapitana należy podchodzić z największą ostrożnością, kiedy jest w swoim zwyczajnym, ponurym nastroju, lecz gdy na jego twarzy gości uśmiech, najlepszym wyjściem jest usunięcie się mu z oczu. Teraz jednak był on przeznaczony dla nieprzyjaciół.
                – Już widzę wściekłe miny Totsa i Virpla! Udzielam pozwolenia. Weźcie na cel najbliższy wrogi statek, i poślijcie go w kawałkach do Osnowy! Gdy skończycie z pierwszym, poszukajcie następnego. Strzelać bez rozkazu. Za Imperatora!
                – Tak jest, sir! Za Imperatora!
                Tymczasem niewielka chmara eldarskich myśliwców przemknęła się przez rzednące z każdą sekundą eszelony imperialne, i plując z umieszczonych pod dziobem baterii laserowych, ruszyła w stronę „Litanii Wściekłości”. Z uwagi na odległość, świetliste lance rozpraszały się jeszcze zanim dosięgły pancerza statku. Kapitan skrzywił się w myślach widząc takie marnotrawstwo energii. Zupełnie jakby piloci półksiężycowatych samolotów nie przejmowali się tym, że ich działania nie wyrządzają przeciwnikowi żadnej szkody. Było to oczywiste zagranie na postrach.
                Naprzeciw najwyraźniej pewnych zwycięstwa Eldarów zasiadali za sterami obrotowych działek przeciwlotniczych opanowani, bystroocy artylerzyści. Ani jeden pocisk nie został zmarnowany by odpowiedzieć  na zaczepki ze strony najeźdźców. Strzelcy spokojnie czekali, spoglądając przez szyby ze zbrojonego szkła na zbliżających się nieprzyjaciół. Gdy tylko znaleźli się oni w polu rażenia, dziesiątki palców niemalże jednocześnie nacisnęło na spust. Pokład bojowy ożył terkotem ciężkich stanowisk bolterów. Pociski smugowe mknęły przez pustkę kosmosu zostawiając za sobą ogony ognia. Przypominały w locie komety, i z ich mocą uderzały w fioletowe pancerze wroga.
                Trafione myśliwce stawały na chwilę ogniu, kiedy wypełniający je tlen, niezbędny do podtrzymania pilota przy życiu, mieszał się z wyciekającym paliwem. Oderwane fragmenty poszycia nadawały niewielkim pojazdom wyglądu meteorytu rozpadającego się przy przechodzeniu przez atmosferę. Niektóre od razu eksplodowały, inne traciły kontrolę nad lotem i wpadały w korkociąg, który posyłał je prosto na gruby pancerz „Litanii”. Mostkiem targnęły wstrząsy, jednak nie było żadnego zagrożenia. Adamatnowe osłony okrętu mogły znieść znacznie więcej.
                Tylko dwóm myśliwcom udało się ujść spod ostrzału przeciwlotniczego. Salwy z ich laserów wryły się w metalowe płyty krążownika zostawiając na nich głębokie bruzdy. Nic, czym należałoby się martwić. Gdyby jakimś cudem udało się im wyjść żywymi z tej walki, kapitan zakazałby naprawiania tych uszkodzeń, zachowując je na pamiątkę pokonanego wroga niczym blizny zdobiące ciało wojownika. Zwycięstwo eldarskich pilotów nie trwało jednak długo. Zza bryły imperialnego okrętu wnurzyła sie eskadra Cyklonów, która niemalże bez wysiłku, z marszu zamieniła ich samoloty w płonące wraki nieszkodliwie opadające stalowym deszczem na „Litanię”.
                Nadajnik VOX ponownie ożył głosem głównego inżyniera.
                – Cała załoga przygotować się na wstrząs! Namierzyliśmy cel!
                Kapitan złapał się mocno krawędzi stojącego przed nim pulpitu w oczekiwaniu na szarpnięcie towarzyszące salwie z działa plazmowego. Zawyły syreny ostrzegawcze… Mostek zachwiał się jak targane huraganowym wiatrem drzewo. Kilku członków załogi, którzy byli na tyle zajęci, lub nierozważni by zignorować polecenie Sertara, przewróciło się i potoczyło bezwładnie po podłodze. Niektóre z serwitorów zostały wyrwane ze swoich stanowisk i teraz wypluwały z siebie rozpaczliwe potoki kodu binarnego nie pojmując, co się właśnie stało i nadal wykonując swoje zadania.
                Lowex zupełnie zignorował ich terkoczące wołania, całą uwagę skupiając na obserwowaniu trajektorii lotu potężnej kuli płonącej plazmy, która mknęła w stronę najbliższego okrętu Eldarów. Mięśnie szczęki mężczyzny napięły się do granic możliwości, a na jego czoło wystąpiły kropelki potu. Zaciśnięte wciąż na pulpicie palce zbielały od siły z jaką się go uczepił. W końcu, po jak zdawałoby się całej wieczności, ognisty pocisk sięgnął celu. Przez chwile wyglądało to jakby nic się nie stało, jednak potem wrogi krążownik zniknął, a na jego miejscu wykwitło miniaturowe słońce. Fala płomieni i metalowych szczątków zmiotła przelatującą w pobliżu grupę eldarskich myśliwców.
                Na mostku zapadła kilkusekundowa cisza, przerwana przez trzask nadajnika.
                – Dorwaliśmy go, sir! Na chwałę Imperium!
                Dopiero wtedy, jakby czekali na oficjalne potwierdzenie, oficerowie wydali z siebie radosny okrzyk zwycięstwa. Lowex pozwolił im na to tylko przez chwilę, samemu nie racząc się nawet uśmiechnąć.
                – Na świętowanie przyjdzie pora, gdy zniszczmy resztę tych skurwysynów! Nie ma litości dla wrogów Imperium, i tylko ich całkowita eksterminacja pozwala na ogłoszenie zwycięstwa. Czy Imperator nie obdarzył was wzrokiem? Do roboty! Zostało jej jeszcze całkiem sporo!
***
– Raport o obrażeniach!
                – Sir! Ostatnia salwa uszkodziła dolną osłonę „Strażnika”. Szósty i piąty pokład uległy dekompresji. Zamknęliśmy śluzy, ale cały personel, który tam pracował…
                – Ile dział straciliśmy? – Pułkownik Tots nie należał do osób sentymentalnych. Załogę mógł wymienić w każdym porcie kosmicznym w przeciągu kilku godzin, na naprawę uzbrojenia potrzeba było znacznie więcej czasu.
                – Czternaście, sir!
                Nie było dobrze. Niemalże jedna trzecia stanowisk strzeleckich zniszczona zaledwie jedną salwą potężnego okrętu Eldarów. Sytuacja była ciężka. Nie pozostawało zbyt wiele opcji. „Strażnik Terry” nie był przystosowany do toczenia bitew z jednostkami, które dorównywały mu rozmiarami. Jego wyposażenie stanowiły głównie działa przeciwlotnicze, i potężny silnik, który pozwalał mu osiągać olbrzymią prędkość, dzięki czemu znakomicie sprawdzał się jako wsparcie przeciwko myśliwcom nieprzyjaciela. Nie dorównywał jednak pozostałym imperialnym krążownikom pod względem grubości pancerza czy siły ognia.
                Wystarczyła jedna salwa by niemal całkowicie wyeliminować okręt pułkownika z toczącej się nad Elpidą bitwy. Kolejna z pewnością całkowicie zniszczy fregatę. Tots czuł jak zgrzytają mu zęby na samą myśl o utracie ukochanego statku.  Porażka mogłaby być nieco mniej gorzka, gdyby udało mu się zestrzelić najpierw chociaż jeden z nieprzyjacielskich krążowników… Póki co, nic jednak na to nie wskazywało. Nagle, pułkownika ogarnął spokój. Wszystkie emocje związane z walką zostały zepchnięte na dalszy plan, a na ich miejsce pojawiła sie chłodna kalkulacja. Otworzył kanał łącznościowy do pokładu silnikowego.
                – Xi-Nu, tu pułkownik Tots.
                – Tak, panie? – Głos Kapłana Maszyny był zniekształcony zarówno przez system VOX, jak i respirator, który przedstawiciel marsjańskiego bractwa nosił w zastępstwie dawno usuniętych płuc.
                – Skieruj całą moc reaktora do silników. Całą. Odłącz tarczę siłową i stanowiska broni. Zatrzymaj przepływ chłodziwa… Przejmuję stery „Strażnika”.
                Przez chwilę odpowiadał mu tylko szum towarzyszący pracy głównego procesora XI-Nu. Pomimo wszystkich augmentacji i urządzeń zastępujących organiczne części jego ciała, Kapłan Maszyny wciąż był w pewnym stopniu człowiekiem, a nie bezmyślnym robotem, ślepo wykonującym rozkazy. Na szczęście dla pułkownika, umysł Marsjanina był oparty na logicznym myśleniu i już po chwili Xi-Nu doszedł do tego samego wniosku co Tots.
                – Potwierdzam. Wykonywanie rozkazów w toku.
***
                Sierżant Lycan rzucił zebranym na pokładzie zrzutowym „Mors Intercepta” Kosmicznym Marines taksujące spojrzenie. Większość z nich zakuta była w podziurawione, odrapane lub wybrakowane pancerze siłowe. Tych kilku nielicznych, których zbroje zdążyły już zostać naprawione przez zakonnych serwitorów, z niepokojem spoglądało na swoich braci, jakby wstydząc się tego, że są lepiej chronieni. Nie mógł jednak nie zauważyć, że wszyscy ściskali w dłoniach wypolerowane na wysoki połysk miecze łańcuchowe, oraz przypiętych do szerokich piersi bolterów. Uśmiechnął się z dumą, odsłaniając przy tym  swoje spiłowane, wilcze zęby. To właśnie wyróżniało Adeptus Astartes od zwykłych ludzi.
                Tam gdzie inni szukali ochrony dla swoich słabych i miękkich członków, Kosmiczni Marines pragnęli jednie śmierci swoich wrogów, nawet jeśli sami spotykali przy tym swoją. Ta bitwa nie różniła się zbytnio od dziesiątek innych, które stoczyli. Reguły zawsze były te same – ty i twoi bracia przeciwko każdemu plugastwu, które odważy się wychylić łeb z ciemności galaktyki. Tyranidzi, Eldarzy, Orkowie, Tau… Wrogowie ludzkości mieli tchórzliwy zwyczaj atakowania w ogromnej przewadze liczebnej, ponieważ tylko tak mogli mieć nadzieję na godne stawienie czoła oddziałom Astartes.
                Widział odsłonięte, blade twarze swoich braci. Każdy z nich był ranny. Zanim na „Mors Intercepta” dotarło wezwanie Inkwizycji, Szkarłatne Pięści stoczyły bitwę z wrzeszczącymi heretykami, którzy odważyli się najechać imperialny świat w pobliskim sektorze. Początkowo walka była znieważająco prosta – setki wyjących i odurzonych bitewnymi narkotykami kultystów padały jak muchy od rozrywających serii z bolterów i potężnych ciosów mieczy łańcuchowych. Oddziały Imperialnej Gwardii również walczyły dzielnie, i wydawało się już, że rebelia zostanie stłumiona bez większych strat. Wtedy jednak Imperator odwrócił od nich swój wzrok.
                Zaczęło się od spadających gwiazd. Niebo zasnuły ciemne chmury, a z nich, niczym błyskawice zaczęły opadać kapsuły zrzutowe, z których wyłoniły się straszliwe, splugawione postacie. Kosmiczni Marines Chaosu. Zdrajcy. Najwięksi z żyjących heretyków i plama na honorze każdego wojownika Astartes. Rozpoczęła się krwawa i bezlitosna walka. Wirujące zęby mieczy zderzały się ze sobą rozlewając dookoła fontanny fioletowych iskier. Pancerze siłowe pękały pod potężnymi ciosami, a ulice spływały krwią dzieci Imperatora. Szkarłatne Pięści walczyły dzielnie, pomimo przewagi nieprzyjaciela, i  w końcu, kierowani świętą furią odepchnęli heretyków i wyrżnęli ich w pień.
                Przyszło im jednak zapłacić za to zwycięstwo niemałą cenę. Ponad setka braci zginęła, a kilkudziesięciu zostało rannych. Większość z nich dość szybko wróciła do zdrowia i wraz z kapitanem Abiddusem  udali się na powierzchnię Elpidy. Reszta pozostała w Aptecarium „Mors Intercepta”. Lycan był z nich najstarszy stopniem, wiec to jemu przypadło dowództwo nad skromnym oddziałem. W sumie miał do dyspozycji piętnastu ludzi. Jeśli wierzyć krążącym po Imperium legendom, całe światy padały pod atakiem podobnych sił. Kosmiczni Marines byli wymiennikami olbrzymich regimentów Gwardii.
                Sierżant poczuł mrowienie w kikucie, który pozostał mu z odciętego ramienia. Nie był to jednak dreszcz niepokoju, a tęsknoty za bitwą i rozlewem krwi, który już wkrótce go czekał.
                – Bracia! Wielu z was narzekało na decyzję kapitana Abiddusa, kiedy oznajmił nam, że mamy pozostać na pokładzie krążownika! Pragnęliście bitwy i chwały! Pragnęliście zmiażdżyć wrogów Imperium! – Uśmiechnął się drapieżnie, a większość Astartes odwzajemniła ten grymas. – Słyszałem głosy, mówiące, że zostaliśmy zapomnieni! Odsunięci… Czy teraz widzicie?
                Wśród Marines przebiegł szum niepewnych głosów. Każdy wojownik zastanawiał się nad sensem słów dowódcy. Nie zwracając uwagi na to, że musi podnieść głos, Lycan kontynuował.
                – Przysięgam, że gdybym mógł, podziękowałbym heretykowi, który pozbawił mnie ramienia… Mówię to z całkowitym przekonaniem, ponieważ wypatroszyłem zdrajcę jak rybę… – Chóralny wybuch śmiechu. – Podziękowałbym mu! Albowiem tylko dzięki temu, będę miał okazję stoczyć znacznie wspanialszą, znacznie bardziej chwalebną bitwę! Bitwę w obronie moich braci, którzy tam, na powierzchni, spoglądają w górę i widzą ogrom zbliżającego się bezpieczeństwa!
                Podszedł bliżej do swoich wojowników. Każdemu z nich spojrzał głęboko w oczy. U każdego dostrzegł w nich wolę walki i zniecierpliwienie. Ani śladu strachu czy zwątpienia. Zadowolony skinął głową.
                – Wyobraźcie sobie minę kapitana, gdy okaże się, że ci, którym kazał odpoczywać, w ostateczności uratują mu skórę! – Wizja była tak błoga, że sierżant pozwolił sobie na szeroki uśmiech. – Czy widzicie, bracia? To nie przypadek! Sam boski Imperator w swej nieskończonej mądrości chciał, byśmy właśnie w tym czasie byli na pokładzie „Mors Intercepta”! Osądził nas jako godnych, by stawić czoła nowemu zagrożeniu! Wybrał najlepszych ze Szkarłatnych Pięści,  mniej przydatnych posyłając w pogoń za eldarskim statkiem. Gdzie tu chwała? To zajęcie dobre dla Inkwizycji, niegodne wojowników Astartes!
                Żartobliwe przekomarzanie pomiędzy kapitanem Abiddusem i sierżantem Lycanem było powszechnym zjawiskiem, dlatego też nikt nie brał na poważnie słów, które wypowiedziane przez kogoś innego mogłyby być uznane jako brak szacunku dla wyższego rangą. Szkarłatne Pięści były zakonem przykładającym nieco mniej wagi do sztywnych procedur jakimi cechowały się inne bractwa Astartes. Dawało to im większe poczucie jedności i pozwalało zacieśnić więzi pomiędzy wszystkimi wojownikami.
                – To my, jesteśmy Jego czempionami! Wybrańcami! Imperator oczekuje od nas, że zadośćuczynimy jego woli, i poślemy Xenos do Osnowy, czy każdego innego piekła, w które wierzą! Czy chcecie go zawieść, Marines?
                Zamiast odpowiedzi na postawione pytanie usłyszał odgłos pięści uderzających w stalowe napierśniki. Dźwięk rósł i rósł, aż w końcu stał się niemal ogłuszający. Wówczas gwałtownie ucichł.
                – Za Imperatora!
                Wrzask wydobył się ze wszystkich gardeł jednocześnie. Lycan czuł jak pokład pod jego stopami wibruje od wzbierającej mocy.
                – Pakujcie się do torped desantowych! Za pięć minut czeka nas spotkanie z przeznaczeniem! Bądźcie gotowi!
***
                Kosmos płonął. Tak przynajmniej wyglądało to na ekranie wiszącym na jednej ze ścian „Mors Intercepta”. Komandor Absforth obserwował jak kolejna salwa z działa plazmowego „Litanii Wściekłości” niszczy następny krążownik nieprzyjaciela. W sumie był to już czwarty. Dodając do tego jeden wysadzony przez eszelon bombowców, i dwa, które do tej pory udało się trafić jego własnej załodze, był to siódmy wrogi okręt unieszkodliwiony przez siły Imperium, przy zerowych stratach własnych. Oczywiście nie licząc samolotów.
                Z pokładu zbrojeniowego „Mors Intercepta” przyszło potwierdzenie gotowości luk torpedowych. Absforth wcisnął runę nadajnika.
                – Ognia!
                Oficer dowodzący ostrzałem powtórzył swoim ludziom rozkaz. Potężne, długie na piętnaście metrów głowice pomknęły w stronę krążownika nieprzyjaciela. Eldarowie starali się desperacko strącić je zanim dosięgną ich statku, jednak strugi energii laserowej odbijały się od tarcz siłowych pocisków nie czyniąc im żadnej krzywdy. Okręt próbował uciec z trajektorii lotu torped, jednak sztuczna inteligencja systemu naprowadzania błyskawicznie dokonała korekty współrzędnych i już po chwili głowice dosięgły celu. Krążownik rozpadł się na dwie części, a następnie eksplodował bezgłośnie. Osiem. Nieprzyjaciel jednak wciąż miał miażdżącą przewagę liczebną. Jednostek Eldarów było dziesiątki, a imperialnych okrętów zaledwie trzy.
                – Sir?
                Głos łącznościowca oderwał na chwilę komandora od rozjarzonego błyskiem płomieni ekranu. Rzucił stojącemu przed sobą oficerowi groźne spojrzenie, jakby chcąc mu powiedzieć: „oby to było ważne!”.
                – Sir, odebrałem próbę nawiązania kontaktu od pułkownika Totsa! Połączyć?
                Absforth rzucił się pędem w kierunku wskazanego panelu komunikacyjnego. Nie czekając na biegnącego za nim oficera, wcisnął pospiesznie guzik.
                – Tu komandor Absforth! Melduj!
                – Sir! „Strażnik” otrzymał poważne uszkodzenia. Straciłem znaczną część załogi i stanowisk strzeleckich…
                Komandor powstrzymał się od rzucenia przekleństwa. Od początku wiedział, że „Strażnik” skazany jest na szybkie zniszczenie. Wcale jednak nie ułatwiało mu to pogodzenia się z losem. Nie w trakcie bitwy, w której każda jednostka się liczy.
                – Przyjąłem pułkowniku. Wycofaj „Strażnika” pod osłonę „Mors Intercepta”. Zapewnimy wam osłonę na czas potrzebny do skoku w Osnowę. Uciekajcie. Nie ma w tym hańby.
                – Z całym szacunkiem, sir… Gówno prawda…
                Absforthowi opadła szczęka. Nie mógł uwierzyć to co usłyszał. W ciągu swojej trwającej ponad osiemdziesiąt lat kariery dowódcy imperialnej floty, ani razu nie spotkał się z tak jawnym brakiem szacunku ze strony podwładnego! Jeśli Tots myślał, że ujdzie mu to na sucho przez toczącą sie bitwę…
                – Niestety, sir, muszę odmówić wykonania rozkazów. Całą moc przekazałem do silników i wyłączyłem systemy chłodzenia… Sir, zalecałbym wydanie „Litanii Wściekłości” rozkazu wycofania się z mojego sektora.
                – Tots, zabrania…
                Zanim zdążył dokończyć, połączenie zostało zerwane. Absforth wpatrywał się w milczący nadajnik jeszcze przez chwilę. Targały nim sprzeczne uczucia. Z jednej strony był wściekły na pułkownika, który otwarcie podważał jego autorytet, a z drugiej podziwiał żołnierską odwagę podwładnego. Musiał przyznać, że w jego sytuacji postąpiłby identycznie. Niecierpliwym gestem odganiając plątającego się przy nim łącznościowca, komandor  otworzył kanał VOX na „Litanię Wściekłości”. Głos Loxewa był opanowany i chłodny jak zawsze. Zupełnie jakby byli w trakcie rutynowych szkoleń, a nie walki na śmierć i życie.
                – Sir! Nowe rozkazy?
                – Natychmiast wycofajcie się ze swojego sektora!
                W przeciwieństwie do Totsa, kapitan „Litanii” był uosobieniem służbistości i niezachwianej wiary w mądrość każdej decyzji dowództwa. Nie zadawał pytań, nie wahał się… Po prostu wykonywał. Czyniło to z niego doskonałego żołnierza. Jako lider, swoją postawą nie zdobył sobie zbyt pochlebnej reputacji. W tej jednak chwili zadziałało to zdecydowanie na jego korzyść.
                – Tak jest, sir!
                Komandor z niepokojem śledził przemieszczanie się „Litanii” uciekającej przed zbliżającym się „Strażnikiem”, nie mógł jednak określić, czy odległość dzieląca oba okręty jest wystarczająca… Jakby wyczuwając jego obawy, nadajnik VOX ponownie ożył i mostek wypełnił spokojny głos pułkownika Totsa. Dwa proste, wielokrotnie powtarzane przez obywateli Imperium słowa. Dwa krótkie słowa, które niosły za sobą całą gammę znaczeń – poświecenie, lojalność, wiarę…
                – Za Imperatora!
                Chwilę później pozbawiony chłodziwa generator plazmowy „Strażnika Terry” eksplodował posyłając we wszystkie strony fale zniszczenia, które uderzyły z siłą tysięcy głowic jądrowych w zgrupowanie kilku krążowników nieprzyjaciela, w mgnieniu oka rozbijając je na atomy.
                Pułkownik Tots znał się na swoim fachu. Był żołnierzem z krwi i kości, dowódcą z prawdziwego zdarzenia. Wiedząc, że jego słabo uzbrojona jednostka nie jest w stanie stawiać skutecznego oporu lepiej wyposażonym okrętom wroga, wykorzystał swój największy atut by zadać Eldarom najdotkliwszy cios. Skuteczność „Strażnika Terry” leżała w jego szybkości, pozwalającej na prześlizgiwanie się pomiędzy salwami torped i laserów. Tots, świadom obrażeń, jakie odniosła jego fregata, postanowił drogo sprzedać swoje życie. Używając pełnego ciągu silników, błyskawicznie ruszył w stronę nierozważnie blisko rozstawionych krążowników nieprzyjaciela i zdetonował generator plazmowy swego statku.
                Efekt był niesamowity. Skumulowana w rdzeniu energia była tak ogromna, że wystarczyła by całkowicie zdezintegrować wszystkie sześć jednostek Eldarów. Zaiste odważny czyn. Towarzyszący eksplozji rozbłysk światła wglądał niczym narodziny nowej gwiazdy. Pomimo odległości, jaka dzieliła „Mors Intercepta” od miejsca wybuchu, wszystkie systemy okrętu uległy chwilowemu przeciążeniu.  Zgasły światła i mostek skąpał się w czerwonej poświacie lamp awaryjnych. Ostrzegawcze syreny zawyły płaczliwie. Kilka sekund zajęło krążownikowi przywrócenie wszystkich funkcji.
                Gdy monitory ponownie ożyły, nigdzie nie było ani śladu po „Strażnika Terry” i jego ofiarach. Nic nie wskazywało na to, że jeszcze przed chwilą w pustce kosmosu szalało prawdziwe piekło. Nim Absforth zdążył mrugnąć, ponownie rozbłysły lampy ostrzegawcze, tym razem te, oznaczające „Wiarę”. Usłużny oficer łącznościowy natychmiast podbiegł do komandora.
                – Sir, komodor Vipler nie odpowiada. Próbowałem połączyć się z jego mostkiem, a potem z pokładem zbrojeniowym… Wszędzie biały szum.
                – Więc prób…
                Mężczyzna umilkł. Jego uwagę przykuł jeden z mniejszych monitorów, wyświetlający sytuacyjny obraz przestrzeni wokół „Mors Intercepta”. Jednostki wroga migotały na nim groźną czerwienią. Naprzeciw nim, lśnił pojedynczy zielony punkt opisany jako „Litania Wściekłości”. „Wiara” zniknęła. Jeszcze przed chwilą przesuwała się gdzieś w prawym rogu wyświetlacza, tam, gdzie teraz ziała czarna pustka kosmosu. W połączeniu z nagłą ciszą radiową, nie mogło to oznaczać niczego dobrego. Absforth poczuł jak wzbiera w nim żal. Znał Viplera od bardzo dawna i cenił go sobie nie tylko jako doskonałego dowódcę, ale i dobrego przyjaciela… Szybko jednak otrząsnął się z podobnych słabości. Czas na żałobę przychodzi tylko po zwycięstwie. Przegrana nie powinna pozostawić nikogo, kto mógłby rozpaczać.
                – Połącz mnie z „Litanią”!
                – Sir!
                Komandor musiał odczekać kilka ciężkich, ciągnących się w nieskończoność minut. Pomiędzy okrętem kapitana Loxewa a „Mors Intercepta” rozciągała się chmura promieniowania radioaktywnego powstałego podczas wybuchu reaktora „Strażnika”.  Powodowało to liczne zakłócenia i trudności z nawiązaniem komunikacji. W tym czasie, luki torpedowe wypluwały z siebie kolejne fale torped. Ostrzał z imperialnego krążownika nie pozostawała jednak bez odezwy. Kilka nieprzyjacielskich jednostek postanowiło wypróbować na „Mors Intercepta” siłę swoich laserów, jednak chroniąca statek tarcza energetyczna póki co stawała na wysokości zadania i pomimo potężnego zużycia energii, pancerz okrętu pozostał nienaruszony.
                Z nieznanych komandorowi przyczyn, olbrzymia fregata Eldarów nie uczestniczyła w wymianie ognia. Płynęła powoli w kierunku Elpidy, zupełnie ignorując toczącą się pod nią bitwę. „Gdyby nie to,  już dawno wszyscy bylibyśmy martwi”, patrząc na potężne baterie laserów, Absforth nie miał co do tego najmniejszej wątpliwości. Trzask nadajnika sprawił, że pogrążony w niewesołych rozważaniach mężczyzna podskoczył.
                – Sir?
                – Loxew! Zostaliśmy tylko ty i ja… Straciłem kontakt z „Wiarą”. Rozumiesz co to oznacza. Któryś z nas musi wyjść z tego żywym, i zawiadomić Imperium! Ta flota stanowi poważne zagrożenie dla każdego systemu, w którym się pojawi. Trzeba ją powstrzymać…
                – Sir, uważam, że życie komandora jest najważniejsze, pozwól…
                Kapitan brzmiał jakby po raz pierwszy w swojej karierze postanowił pomyśleć zamiast ślepo oczekiwać na rozkazy. Absforth uśmiechnął się pod nosem. Być może pomylił się co do tego człowieka. Jednak był to zdecydowanie zły moment na podważanie jego decyzji.
                – Nie pozwolę na nic, co będzie sprzeczne z moimi rozkazami! Loxew – głos komandora nieco zmiękł, jakby chciał on wynagrodzić podwładnemu ostry wydźwięk rozkazów, które wcale nie były łatwe. Świadomość, że wyszło się cało z walki, w której zginęła reszta towarzysz broni… Było to najgorsze co mogło spotkać każdego porządnego żołnierza. Dobro Imperium było jednak najważniejsze. – Mam na pokładzie niewielki oddział Astartes. Dokonają abordażu na tego kolosa, który wisi nad nami jak chmura burzowa, i kupią ci przez to trochę czasu. „Mors Intercepta” zwiąże walką część mniejszych okrętów… „Litania” nie byłaby w stanie tego zrobić. Uwierz mi, to jedyne wyjście.
                Cisza. Nie było nawet zwykłych dla komunikacji przez VOX trzasków i zakłóceń. Komandor dał podwładnemu chwilę na przetrawienie swojej decyzji. Nie zawiódł się. Loxew był służbistą w każdym calu.
                – Ku chwale Imperium, sir!
                – Ku chwale Imperium, chłopcze! Niech Imperator czuwa nad tobą!
                – I niech ześle swój gniew na twych wrogów.
***
                Wnętrze torpedy desantowej było pogrążone w mroku i tylko wzmocnione zmysły Astartes pozwalały Lycanowi na wyłowienie sylwetek jego braci, oddanych ostatnim przygotowaniom przed bitwą. Wraz z nim, w niewielkim pomieszczeniu zmieściło się zaledwie trzech z nich. Siedzący najbliżej sierżanta, nawet jak na standardy Kosmicznego Marines potężnie zbudowany Persius z zamkniętymi oczami oddawał się medytacji. Jego blade, wąskie wargi poruszały się bezgłośnie w modlitwie do Imperatora. Lycan zbyt dobrze znał młodego wojownika, by choć przez chwile przypuszczać, że zabiega on o łaski dla siebie. Jasnowłosy mężczyzna słynął w całym oddziale jako nieustraszony berserker, ale tylko wtedy, gdy ryzykował wyłącznie własnym życiem. Wszędzie tam, gdzie mogli ucierpieć jego bracia, Persius był ostrożny i niemalże delikatny.
                Podróż w torpedzie desantowej nie należała do najbezpieczniejszych – stanowiska artylerii, od których zazwyczaj aż roiły się nieprzyjacielskie statki, chmary krążących wokół okrętów myśliwców… Wszystko to stało pomiędzy zamkniętymi i całkowicie pozbawionymi możliwości obrony wojownikami a pancerzem jednostki, na którą się kierowali.  Niewiele Lycan pamiętał sytuacji, w których podobne ataki kończyły się powodzeniem bez strat własnych. Doskonale zdając sobie z tego sprawę, Persius tuż przed opuszczeniem pokładu „Mors Intercepta” zapewnił swoich braci, że będzie się za nich modlił. Poprzysiągł również, że jeśli Imperator zażąda któregoś z nich, będzie to właśnie on. Jak widać, dopełnił pierwszej części danego słowa. Lycan miał tylko nadzieję że na tym się skończy. Wiedział, że ich misja jest samobójcza, nie mógł jednak przestać liczyć na zwycięstwo.
                Obok muskularnego wojownika, z wprawą , jaką wyrobić w sobie można jedynie przez dziesiątki lat ćwiczeń, brat Kastor rozkładał i dokładnie polerował każdą część swojego boltera. Sierżant zawsze nieco zazdrościł mu tej niezwykłej broni. Wielkokalibrowe pistolety był standardowym wyposażeniem każdego Kosmicznego Marines, jednak ten był szczególny. Kastor uwielbiał opowiadać historię o tym, jak wszedł w jego posiadanie. Robił to tak często, że Lycon znał ją już na pamięć. Było to podczas oblężenia miasta Kirael. Obrońcy zostali odcięci od świata przez hordy demonów i kultystów. Przez prawie rok odpierali kolejne fale szturmów. Kończyły się im zapasy amunicji i żywności… Wtedy to właśnie pojawił się posiłki w postaci oddziału Szkarłatnych Pięści.
                Lycan był wówczas ze swoją jednostką zajęty oczyszczaniem jednego z opanowanych przez Tyranidy światów, więc swoje wyobrażenie o rozegranej na przedpolach Kirael bitwie zawdzięczał jedynie zasłyszanym opowieściom. A te były niezwykłe. Wyjące demony padały pod ciosami mieczy łańcuchowych… Wszędzie naokoło ginęły kolejne szeregi oblegających. Widząc swoją szansę, obrońcy opuścili miasto i wspomogli sojuszników w walce. To właśnie wtedy Kastor miał uratować życie Inkwizytorowi, który dowodził garnizonem Kirael. Pomijając cały szereg wyssanych z palca bzdur o pokonaniu setek rogatych bestii i tysięcy kultystów, których liczba rosła za każdym razem, gdy powtarzał swoją historie, wojownik zasłonił mężczyznę własnym ciałem przed ciosem demona, niemal tracąc przy tym obie nogi.
                Jako dowód wdzięczności, Inkwizytor podarował Marines swój bolter, którego ponoć dotknął kiedyś sam boski Imperator. Miało to być podczas jednej z wizyt jakie przedstawiciel Świętego Oficjum złożył na Terze. Lycan było co do tego dość sceptyczny, bowiem Imperator nie potrzebował broni by uśmiercać swoich przeciwników, jednak nawet pozbawiony otoczki jaką dawała mu reputacja relikwii, pistolet był potężnym narzędziem zagłady i istnym cudem technologii.
                Ostatni Astartes, brat Dracus siedział sztywno wyprostowany w swoim fotelu i z szerokim uśmiechem na ustach odwzajemniał spojrzenie sierżanta. Był to najmłodszy członek oddziału Szkarłatnych Pięści, zaledwie dwa standardowe ziemskie lata wcześniej wcielony do zakonu. Mimo bardzo krótkiego jak na Astartes okresu służby, nowicjusz zdążył już zaskarbić sobie sympatię dowódców swoją nieustanną gotowością do walki i radością, jaką mu ona dawała. Lycan widział jak młodzik z tym samym szerokim uśmiechem na ustach pozbawił głowy atakującego go heretyckiego Marines.
                Towarzystwo równie wspaniałych wojowników dodawało sierżantowi nieco otuchy. Z nimi mógł mieć nadzieję na utrzymaniu przy życiu chociaż części oddziału.
                Silny wstrząs dał mu znać, że zbliżali się właśnie w pobliże okrętu. Torpedy desantowe były wykonane z niezwykle grubych płyt adamantium, tak, by ciężko je było zniszczyć. Malowano je również na czarno, żeby jak najmniej rzucały się w oczy czającym się przy bateriach laserów strzelcom. Wszystko to po to, aby zapewnić jak najwięcej przewagi ukrytym w ich wnętrzu wojownikom. Zabezpieczenia te działały znakomicie jednie do pewnego dystansu. Gdy znalazły się w zasięgu pozwalającym na wykrycie ich sygnatur cieplnych, były najbardziej narażone na strącenie. Targające kapsułą turbulencje dały sierżantowi znak, że właśnie przekroczyli tą granicę.
                Nie mogli widzieć uderzających w pokrywę torpedy wiązek laserów, ale z pewnością mogli je odczuć. Gdyby nie przytrzymujące ich pasy bezpieczeństwa, siła impetu z całą pewnością rzucałaby nimi po całej niewielkiej komorze. Wykrywając ciężki ostrzał, systemy kapsuły przekazał odpowiednie sygnały do silników, i Lycan poczuł jak przeciążenie wynikające z gwałtownego przyspieszenia wciska go w fotel. Na włączonym do tej pory wewnętrznym monitorze kapsuły, zaczęły się wyświetlać rzędy liczb oznaczających prędkość, kierunek, zapas tlenu i inne ważne informacje, jednak dla sierżanta liczyła się tylko jedna. Wielka, jarząca się na czerwono cyfra oznaczająca zegar odliczający do zderzenia. 5… Wszyscy oprócz Lycana sięgnęli po swoje hełmy. Jego własny leżał w zbrojowni, wciąż czekając na kogoś, kto naprawiłby paskudne pęknięcie, które niemal rozłupało mu czaszkę na pół.
                4… Dłonie pewniej złapały rękojeści mieczy łańcuchowych. 3… Jednocześnie, wszystkie ostrza zawyły budząc się do życia. 2… Osłona przedniej części torpedy odpadła i odsłoniła ukryte pod nią adamantowe wiertło, które zaczęło się obracać coraz szybciej i szybciej. 1… Sierżant zacisnął zęby i wpił palce w podpórki fotelu. Zero utonęło w jęku torturowanego metalu i ogłuszającym huku. Przebijający się przez grube płyty świder protestował głośno, ale wciąż parł naprzód. Wizg pracujących na pełnych obrotach silników groził ich przegrzaniem i eksplozją. Nagle wszystko ustało. Przez ułamek sekundy trwała cisza, a później rozległ się huk stłumionej eksplozji ładunków kierunkowych. Właz torpedy z metalicznym brzękiem upadł na pokład obcego statku. Syk wyrównującego się ciśnienia dał Lyconowi znak, że czas ruszać.
                – W imię imperatora…! Wyrżnąć wszystkich!
                Odpowiedziały mu zwierzęce ryki towarzyszy. Chwilę później, otwarła się śluza.
                Zamiast wypaść wprost na czekających na nich przeciwników, Marines przełączyli swoje boltery na ogień ciągły i zasypali wąską przestrzeń przed otwartym włazem gradem pocisków. Zduszone jęki rannych i mokre eksplozje rozrywanych wybuchową amunicją ciał utwierdziły ich w słuszności takiego postępowania. Nie przestając strzelać, Astartes ruszyli w stronę okrzyków bólu. Wyskoczyli z kapsuły, wprost na czarną już od przelanej krwi podłogę wrogiego okrętu i natychmiast rozproszyli się w poszukiwaniu osłony. Lycan rzucił się w kierunku pobliskiego filaru z dziwacznego, białego metalu bardziej przypominającego kość niż stal i bezpiecznie za nim ukryty, ocenił sytuację.
                Po jego prawej i lewej, w odległości  kilkunastu metrów najbliższa, pozostałe czteroosobowe grupki wojowników rozbiegały się po wnętrzu nieprzyjacielskiej jednostki. Ku ogromnej uldze sierżanta, okazało się, że wszyscy bezpiecznie dotarli do celu. Żadna z torped nie została zestrzelona.  Modlitwy Persiusa zostały wysłuchane. Żałując, że nie może porozumieć się z braćmi przez wbudowany w hełm system VOX, uciekł się do bardziej tradycyjnej formy komunikacji. Uniósł w górę swój bolter i oddał pojedynczy strzał w powietrze.
                – Imperator strzeże!
                Włożył w okrzyk całą swoja siłę, mając nadzieję, że dotrze on do każdego z jego wojowników. W odpowiedzi usłyszał tylko wznowione, jakby żywsze szczękanie pistoletów. Wychylił się i rzucił okiem na przeciwników. Byli wysocy i szczupli. Poruszali się z ową niesamowitą gracją, którą charakteryzowali się ich kuzyni, jednak w ich postawie było coś bardziej drapieżnego, bardziej pierwotnego. Tam gdzie Eldarowie byli eleganccy i delikatni, Dwemerowie przejawiali groteskowe wynaturzenie i brutalność ponad wszelkie granice. Ich pancerze były wykonane z owego kościanego metalu i pokryte ciemną farbą przypominającą kolorem zaschniętą krew.
                Większość z nich miała na głowach dziwaczne, zniekształcone hełmy. Chwile zajęło zanim Lycan zorientował się czym tak naprawdę one były. Twarze. Wykrzywione w grymasie bólu, przerażone i niemalże nie do rozpoznania jako ludzkie, ale jednak twarze. Zdarte oblicza pochwyconych do niewoli przez tą okrutną rasę mężczyzn, kobiet i dzieci spoglądały na atakujących Marines nowymi, wypełnionymi nienawiścią oczami Dwemerów. Ci, którzy nie nosili nakryć głowy, prezentowali swoje trupioblade, niezdrowo napuchnięte rysy z głęboko osadzonymi, rozjarzonymi od krążących w żyłach narkotyków bitewnych ślepiami.
                Zbroje potworów ozdobione były licznymi trofeami takimi jak zdarte fragmenty skóry, wysuszone i zachowane za pomocą jakiejś plugawej magii gałki oczne oraz różnej wielkości czaszki, doszczętnie obrane z wszelkich tkanek. Były wśród nich ludzkie, eldarskie, a nawet orcze. W szponiastych dłoniach Dwemerowie zaciskali dziwaczne, zwężające się ku końcowi strzelby, z których wylatywały fioletowe iskry. Póki co, żadnemu z nich nie udało się trafić w któregoś z Astartes, jednak Lycan nie sądził, by chciał to zobaczyć. Z usłyszanych przez niego opowieści  jasno wynikało, że niepozorne na pierwszy rzut oka bronie Prymulów potrafiły przedrzeć się nawet przez pancerz siłowy.
                Oddał kilka dokładnie mierzonych strzałów z satysfakcją obserwując jak ukryte pod groteskowo wykrzywionymi twarzami więźniów głowy Eldarów zamieniają się w czerwoną mgiełkę, a ich ciała upadają brocząc ciemną i gęstą jak olej krwią z poszarpanych tętnic szyjnych. To wtedy coś przykuło jego uwagę. Z sufitu pomieszczenia, w którym walczyli zwisały ciężkie łańcuchy podtrzymujące żelazne klatki, na które wcześniej nie zwrócił uwagi. To co tam ujrzał napełniło go zgrozą. Wnętrza zakratowanych więzień wypełnione były ostro zakończonymi kolcami, które przechodziły przez ciała dziesiątek zamkniętych w nich ludzi.
                Tajemnicze narzędzia tortur był skonstruowane tak, by w karykaturze litości, zadawać męki, jednak nie zabijać. Zamknięte w nich postacie poruszały się od czasu do czasu, a wtedy ich rany otwierały się na nowo i deszcz świeżej krwi spadał na znajdujących się w narkotycznym szale Mrocznych. Plugawe stwory otwierały szeroko paszcze i oblizywały szkarłatne wargi, bladymi językami smakując życiodajny płyn. Dzięki swojemu wzmocnionemu wzrokowi, Lycan mógł dojrzeć otwarte w niemym grymasie usta. Przez chwilę zastanawiał się, dlaczego ci ludzie nie krzyczą z bólu… W końcu dostrzegł, że zostali pozbawieni języków. Ogarnęła go wściekłość. Po ubiorze z łatwością rozpoznał obywateli Imperium. Jeden z uwięzionych mężczyzn miał nawet na piersi wyszytego dwugłowego orła. Ich tortury były dla sierżanta osobistą hańbą.
                Z rykiem nienawiści wystrzelił cały magazynek w nadbiegającą grupkę przeciwników. Kończyny wylatywały w powietrze, czaszki eksplodowały a fragmenty kości raniły stojących w pobliżu Dwemerów. Pozostali Marines z jego grupki najwyraźniej również dostrzegli nieszczęśników wiszących u sufitu, ponieważ ich twarze wykrzywione były w wyrazie obrzydzenia. Persius zalał najbliższe szeregi Prymulów w powodzi płynnego promethium ze swojego miotacza płomieni. Swąd palonego mięsa wymieszał się z zapachem topiącego się metalu. Ciężka broń była trudna w obsłudze nawet dla Kosmicznego Marines, jednak jasnowłosy wojownik trzymał ją z dziecinną łatwością.
                Obok niego, Dracus rechotał dziko za każdym razem kiedy jego pocisk trafił w cel. Wybierał tylko tych Dwemerów, którzy znajdowali się akurat w ruchu testując swoją celność. Ani jedna łuska nie upadła na podłogę nie dosięgnąwszy celu. Kastor, jak przystało na weterana walczył z typową dla siebie flegmą. Co jakiś czas sięgał do podajnika, i w jego ręce pojawiały się niewielkie krążki granatów, które następnie ciskał w stronę najbardziej zbitej ciżby przeciwników. Ładunki eksplodowały, a gdy opadał dym, tam, gdzie jeszcze przed chwilą stało kilkunastu Mrocznych Eldarów, leżał stos poszarpanych mięśni i potrzaskanych kości pływających w jeziorze krwi.
                Kule z jego boltera czyniły niemniejsze spustoszenie. Pistolet wystrzeliwał specjalny rodzaj amunicji, który przy kontakcie z celem rozpraszał się na setki drobnych, stalowych drzazg zostawiających z wnętrzności ofiary siekane mięso. Ugodzony właśnie w głowę takim pociskiem Eldar, choć z boku wydawało się, że jest ledwo draśnięty, przycisnął dłonie do skroni i upadł na kolana wyjąc przeraźliwie z bólu. Jego mózg zamieniał się właśnie w krwawą papkę, która chwile później wypłynęła przez nozdrza i uszy obcego. Blada kreatura spoglądała jak cała jej istota, świadomość, i wspomnienia uciekają z niej i tworzą na posadzce powiększającą się z każdą sekundą kałużę. W końcu Mroczny upadł martwy.
                Pomimo obfitego plonu, który zbierała broń dystansowa Szkarłatnych Pięści, Dwemerów ciągle przybywało. Hordy tych plugawych istot wybiegały z ciemności statku, oddając na oślep salwy ze swoich egzotycznych strzelb. Nowi wojownicy przestępowali ponad poszatkowanymi trupami dawnych towarzyszy i nie bacząc na  pewną zgubę, jaką niosła za sobą podobna brawura, zamiast prowadzić ostrzał zza osłon, szarżowali bezmyślnie wprost pomiędzy krzyżowy ogień Astartes. Boltery zamieniały ich w krwawiące ruiny pancerzy i ciał. Wnętrzności, wyrwane siłą impetu kul, obryzgiwały dalsze szeregi Eldarów, jednak nie wydawało się to robić żadnego wrażenia na setkach wyjących Xenos.
                Lycan wymieniał właśnie magazynek, kiedy ujrzał wśród napierającej gęstwy fioletowych pancerzy coś, co przepełniło wzbierającą w nim od dłuższego czasu nienawiść do Prymulów. Jeden z nowoprzybyłych potworów miał na sobie coś, co przy dokładniejszych oględzinach okazało się być zbroją Kosmicznego Marines, a przynajmniej jej częściami. Sierżant nie miał co do tego żadnych wątpliwości – patrzył na oszpeconą, ale wciąż w pewien sposób znajomą sylwetkę kombinezonu MK VI pochodzącego jeszcze z czasów wielkich galaktycznych krucjat.
                Poszczególne elementy pancerza były przemalowane tak, że nie mógł rozpoznać do jakiego zakonu należał wojownik, z którego została on zdarty, nie miało to jednak większego znaczenia. Podobne bluźnierstwo zasługiwało na należytą karę. Nie mógł pozwolić by pamięć jednego z jego braci pozostała niepomszczona. Pozostali członkowie jego grupy zareagowali identycznie. Dwa ciężkie pistolety i miotacz płomieni, w idealnej harmonii skierowały się na aroganckiego obcego, który miał czelność przywdziać antyczny ekwipunek uświęcony przez dziesiątki pokoleń noszących go w bitwach Marines. W jednej chwili Eldar został zamieniony w niewielką kupkę popiołu, z której osmalone fragmenty zbroi wystawały niczym zwęglone kości.
                Uniesieni słusznym gniewem Marines, wyczerpali całkowicie swoje zapas amunicji. Lycan sięgnął po kolejny magazynek tylko po to, by przekonać się, że to ostatni. Persius potrząsnął pustym zbiornikiem swojego miotacza, a kiedy przekonał się, że jest on pusty, wziął potężny zamach i cisnął ciężką bronią wprost w nadbiegających przeciwników druzgocąc ich żałosne pancerze i łamiąc chronione przez nie kości. Dracus i Kastor już chwilę wcześniej porzucili boltery i rzucili się na nieprzyjaciół z mieczami łańcuchowymi w garściach. Przedzierali się przez kolejne szeregi z siłą huraganu przewracającego las. Za sobą zostawiali jedynie drgające w przedśmiertnych skurczach trupy i rozbryzgi ciemnej krwi obcych.
                Lycan porzucił osłonę jaką dawał mu filar, i przyłączył się do swoich braci. Pozostałe oddziały Astartes również zaczynały przestawiać się na walkę w zwarciu i dopiero teraz Dwemerowie mieli się przekonać z jak strasznym przeciwnikiem przyszło się im mierzyć. Sierżant uderzył pierwszego wroga, na którego natrafił. Stalowa pięść z łatwością przebiła się przez skórzaną maskę będącą niegdyś obliczem jakiegoś mężczyzny, a następnie przez metalowy hełm by w końcu zmiażdżyć ukrytą za nim twarz. Wojownik z poczuł odrobinę satysfakcji gdy usłyszał trzask pękających kości. Ostre fragmenty rozbitej w drobny mak czaszki potwora zagłębiły się w mózg uśmiercając go niemal natychmiast. Obcy nie zdążył nawet wydać z siebie jęku. Padł wprost pod nogi dwójki nadbiegających towarzyszy
Marines machnął ściskanym w dłoni ostrzem i wirujące zęby wdarły się wyjąc dziko w ramię napastnika. Odcięta kończyna opadła na posadzkę, a z poszarpanego kikuta wytrysnęły strugi posoki. Lycan kopnął rannego kosmitę w złączenie zbroi, tuż nad kolanem i został nagrodzony obrzydliwym chrzęstem druzgotanych kości. Ostre, śnieżnobiałe fragmenty przebiły się przez mięśnie i wzmacnianą skórę, która stanowiła ochronę nóg Dwemera. Uszkodzona kończyna zadrżała i ugięła się pod ciężarem ciała. Nie zwracając już na niego uwagi, świadom, że nie stanowi on już żadnego realnego zagrożenia Astartes zwrócił się w kierunku kolejnego rywala i niskim cięciem przeciął go wpół na wysokości talii. Zębiska miecza zaczepiły o bladoróżowe wnętrzności i wyrzuciły w górę oślizgłe girlandy jelit. Żołądek potwora uderzył z głośnym pluskiem o metalową podłogę, ale już nadbiegali kolejni.
Lycan walczył jak oszalały. Pozbawioną ochrony głowę Marines pokrywała krzepnąca powłoka cuchnącej krwi i innych wydzielin, które tryskały z systematycznie niszczonych wrogów. Klinga sierżanta poruszała się szybciej niż którykolwiek z Xenos był w stanie nadążyć wzrokiem i raz po raz zagłębiała się w plątaninę ciał i kończyn, która kłębiła się przed ogarniętym szałem Astartes. Kierowane potężną siłą wojownika ostrze zamieniało Dwemerów w bezwładne, skórzane worki wypełnione sproszkowanymi kośćmi i stłuczonymi na krwawą miazgę mięśniami. Odcięte dłonie Eldarów wciąż zaciskały się na uchwytach owych tajemniczych strzelb, z których nie zdążyli nawet wystrzelić.
                W ślad za sierżantem, niczym trójka drapieżców zwabionych zapachem świeżej posoki podążała jego trójka towarzyszy zostawiając za sobą własne szlaki zniszczenia. Persius, który w bitewnym szale zbyt mocno uderzył swoim mieczem przez co uszkodził sterujący łańcuchem mechanizm, używał go teraz jak maczugi, bezlitośnie tłukąc swoich przeciwników do momentu, w którym nie pozostawały po nich żadne ślady poprzedniego kształtu, po czym przestępował spokojnie ponad krwawą breją i z uśmiechem na ustach kiwał palcem na kolejną ofiarę. Wybrani przez niego Eldarowie próbowali uciekać, jednak Marines był zbyt szybki. Z łatwością kota ścigającego mysz, dopadał do swojej zwierzyny i pojedynczym ciosem powalał ją na posadzkę gdzie kontynuował swoje dzieło śmierci.
                O krok przed jasnowłosym mocarzem, walczył w dzikim uniesieniu, targany wybuchami nieposkromionej radości brat Dracus. Nowicjusz jakby zupełnie zapominając, że dzierży w dłoni straszliwą broń, której wirujące ostrza wyły błagalnie, spragnione krwi, kładł kolejnych Xenos gołymi rękami. Na prawo i lewo rozdawał potężne ciosy zakutych w szkarłatne rękawice pięści, za każdym razem posyłając w powietrze zdruzgotane ciała. Gdy znudziła się mu taka zabawa, zmienił nieco taktykę. Zamiast uderzać zaciśniętymi palcami, wyprostował je i usztywnił nadgarstek, tak, że teraz jego dłoń była znakomitym narzędziem do zadawania sztychów.
                Z łatwością przebijał się przez pancerze Prymulów i zagłębiał ręce w ich miękkich brzuchach i klatkach piersiowych. Jednemu z rywali zmiażdżył w potężnym uścisku kręgosłup, innemu wyrwał bijące jeszcze serce. Szarpał za żebra i rozrywał je jak papier. Obcy zaczęli unikać miejsca, w którym walczył oszołomiony krwią młodzik, jednak on zamiast na nich czekać, sam rzucał się pomiędzy największą masę wrogów i w przeciągu sekund zamieniał ich w stertę pokiereszowanych ciał.
                Przeciwieństwem swoich młodszych towarzyszy był Kastor, którego spokój i opanowanie może i nie wyglądało równie efektownie co wyczyny pozostałej trójki, jednak dawały identyczny skutek – martwych Xenos. Jego wyważone, oszczędne ruchy wprowadzone delikatnymi półobrotami nadgarstka zawsze odnajdywały drogę do celu. Może i nie odcinał kończyn i nie posyłał naokoło siebie potoków krwi, jednak tam, gdzie skierował ostrze swojego miecza, trup kładł się gęsto.
                Sierżant zaczynał już mieć nadzieję na niemożliwe jak to wydawało się na początku zwycięstwo, ale w momencie, w którym miał podzielić się swoimi przemyśleniami z braćmi, usłyszał suchy trzask wystrzału i ujrzał chwiejącego się przez moment Persiusa. Na napierśniku Marines pojawił się rozbłysk fioletowej energii, który przedarł się przez ceramitowe płyty i najwyraźniej sięgnął ukrytego pod nimi ciała. Pomimo odniesionej rany i wyraźnego bólu, który odczuwał, jasnowłosy olbrzym przebiegł kilka metrów dzielące go od strzelca i wyrwawszy obcemu broń, zatłukł go jego własną strzelbą. Trysnęły drobinki krwi. Kolejni przeciwnicy, widząc nadarzającą się okazję, rzucili się hurmem na Persiusa chcąc przygwoździć go do podłogi i zabić.
                Astartes daleki był jednak od poddania się. Chwycił nierozpoznawalne szczątki, w które zamienił Dwemera, i z braku lepszej broni, użył ich jako maczugi, odpychając zbliżających się Xenos i posyłając ich w powietrze. Widząc, że nie dadzą mu rady w starciu wręcz, Eldarowie sięgnęli po broń palną. Kolejne rozbłyski purpurowych błyskawic trafiły w giganta powalając go na kolana. Persius próbował się jeszcze podnieść pomimo wypływającej z licznych ran krwi i szkarłatnej piany, która wystąpiła mu na usta. Widząc upadek brata, Dracus rzucił się z bojowym rykiem w jego stronę i w końcu przypominając sobie o mieczu, zaczął siekać otaczających go przeciwników. Chwile później dołączył do niego Kastor, i teraz oboje stali przy rannym towarzyszu, walcząc plecami do siebie.
                Widząc wysiłki swoich podwładnych, Lycan zaprzestał zabijania obcych, i popędził aby im pomóc. Taranował po drodze zagradzających mu drogę Prmulów i z dokładał starań, by podeszwy jego stalowych butów stąpały po czaszkach powalonych przez szarżę kosmitów. W końcu dotarł do trójki Szkarłatnych Pięści. Razem, tworząc ochronny trójkąt wokół Persiusa, stanowili uosobienie Furii i Zagłady. Walczyli jak ranne zwierzęta, które chcą jednie drogo sprzedać skórę. Każdy ich cios posyłał wrzeszczące dusze potworów z powrotem do Osnowy.
                Nagle, sierżant poczuł, że ktoś odpycha go na bok. Czyjaś sylwetka przysłoniła mu na chwilę pole widzenia. Rozległ się trzask eldarskich strzelb i postać upadła z przestrzelonym hełmem. Niepewne dłonie sięgnęły do metalowego kołnierza aby odrzucić niepotrzebną już osłonę. Blada, pokryta krwią i potem twarz brata Persiusa pomimo bólu, który musiał odczuwać wojownik, rozjaśniona była szerokim uśmiechem. Cieszył się, że swoim poświęceniem uratował jednego z towarzyszy.  Nie przejmując się zupełnie toczącą się dookoła bitwą, Lycan  pochylił się nad umierającym, który najwyraźniej próbował coś powiedzieć, jednak jego głos był zbyt słaby by przedrzeć się przez wizg mieczy i wycia Mrocznych.
                – Za… Imperatora!
                Oczy jasnowłosego olbrzyma zamgliły się i znieruchomiały. Dołączył w końcu do swojego umiłowanego władcy. Podchwytując jego ostatnie słowa, sierżant wyprostował się i z nienawiścią wymalowaną na twarzy rzucił Eldarom wściekłe spojrzenie.
                – Za Imperatora!
                Nie oglądając się za siebie, pewny, że jego bracia podążą za nim, Lycan rzucił się na wrzeszczącą hordę Dwemerów.
***
                Aazav spoglądał przez przednią szybę kokpitu swojego myśliwca na płonący wrak, w który zamienił się majestatyczny krążownik „Mors Intercepta”. Widząc, że „Litania” się im wymknęła, nieprzyjacielskie okręty skierowały cały swój gniew na flagowy statek sił imperialnych. Tarcza energetyczna wytrzymała pierwsze pięć sekund ostrzału. Zaraz potem ugięła się, zamigotała i zniknęła. Kolejne salwy trafiły prosto w podbrzusze jednostki wyrywając ogromne fragmenty poszycia. Pilot mógłby przysiąc, że w oświetlonej płomieniami pustce dostrzegał przez chwilę maleńkie punkciki ciał nieszczęśników, którzy w momencie rozszczelnienia znajdowali się na dolnych pokładach.
                „Mors Intercepta” odgryzła się jedną salwą torped, która rozerwała mniejszy krążownik nieprzyjaciela, jednak wkrótce sama zamieniła się w rozrzucone kawałki pancerza. Taki właśnie był koniec ostatniego imperialnego okrętu nad Elpidą. Teraz Aazav i marne pozostałości jego eskadry nie mieli gdzie wracać. Wskaźniki paliwa były niebezpiecznie bliskie zera, i nie można było marzyć o dotarciu na tych rezerwach do powierzchni planety. Wszystkich czekała ich śmierć. Mężczyzna zacisnął zęby. Nie zginie z braku tlenu unosząc się bezwładnie w pustce kosmosu. Wolał umrzeć jak przystało na wojownika. Z hukiem. Uruchomił kanał do swojego eszelonu. Zamigotały ikony symbolizujące poszczególnych, pozostałych przy życiu Apostołów. Z żalem stwierdził, że było ich zaledwie trzy.
                – Tu dowódca eskadry! Znacie sytuację… Nie mam zamiaru was okłamywać. Śmierć wyciągnęła już po nas swoje kościste ramiona… Nie damy rad jej uciec… Nie na resztkach promethium… Ale co powiecie na spłatanie jej ostatniego figla?
                Z dumą wsłuchał się w pełne spokoju potwierdzenia.
                – Bierzemy na cel najbliższy krążownik. Pełna moc silników. Nie ma co oszczędzać paliwa. Załogi zbrojeniowe, przygotować skrzynie z amunicją. Jeśli to ma być mój pogrzeb, chcę mieć trochę fajerwerków!
                Niewymuszone śmiechy przetoczyły się przez kanał.
                – To był zaszczyt, móc z wami służyć! To będzie zaszczyt, móc z wami zginąć… Pokażmy tym Xenos, że Astartes nie mają monopolu na zsyłanie gniewu Imperatora!
***
                Lycan upadł. Udało mu się zrobić zaledwie kilka kroków od miejsca, w którym zostawił rozerwane na kawałki ciało Dracusa kiedy dosięgnął go kolejny strzał. Palące igły bólu promieniowały z rozerwanego mostka. Gdzieś po jego lewej, Kastor próbował się podnieść z kałuży własnej krwi. Bitwa była przegrana. Byli chyba jednymi pozostałymi przy życiu Marines. Nie było już słychać wizgu mieczy łańcuchowych, ani szczękania bolterów. Było tylko wycie Dwemerów i ich zbliżające się kroki. Nie dobijali ich. Wydawało się, że potwory czerpią sadystyczną przyjemność z oglądania ich cierpienia. Nagle, do uszu Lycana doszedł cichy głos Kastora, który potężniał z każdą wypowiadaną sylabą.
                – Jesteśmy Młotem…
                – Jesteśmy grotem włóczni Imperatora… – Sierżant przyłączył się do recytacji przysięgi wierności, którą każdy Astartes składał wstępując w szeregi zakonu. Dźwięk tak bardzo znajomej frazy dodał mu sił, które pozwoliły mu stanąć chwiejnie na nogi.
                – Jesteśmy rękawicą na Jego dłoni.
                – Jesteśmy tymi, którzy gromią Jego wrogów…
                – I nieszczęściem spadającym na odstępców…
                Kastor sięgnął do podajnika i wydobył z niego ostatnie dwa granaty. Lycan zrobił to samo i ustawił zapalnik na pięć sekund. Dokończyli razem.
                – Jesteśmy ostrzem Jego miecza i instrumentami Jego woli... Jesteśmy tymi, którzy przynoszą Koniec!

                Wznosząc okrzyki bojowe, obaj wojownicy rzucili się w stronę zaskoczonych Dwemerów. Po chwili, ściskane w ich dłoniach ładunki eksplodowały.

niedziela, 29 czerwca 2014

Isthmus XIV


-Kapitan na mostku! Załoga- baczność!
Potężny głos oficera pokładowego przebił się przez zgiełk panujący w centrum dowodzenia okrętu. Umilkły ożywione rozmowy łącznościowców, nawigatorzy przerwali na chwilę wykrzykiwanie koordynatów. Nawet wszechobecny, nieznający odpoczynku szum pracujących maszyn odpowiedzialnych za prawidłowe funkcjonowanie gigantycznego krążownika, jakby odrobinę przygasł z szacunku do człowieka, który dowodził „Mors Intercepta”. Komandor był wysokim, postawnym mężczyzną z gęstą grzywą siwiejących już włosów i siatką blizn niemal całkowicie zniekształcającą jego rysy. W jego prawym oczodole świecił przytłumioną czerwienią bioniczny implant, zastępujący biologiczne oko, które stracił podczas akcji abordażowej.
Również obie dłonie oraz większość lewego przedramienia stanowiły stalowe wszczepy, upodabniające go do członka Adeptus Mechanicus. Miał na sobie standardowy, ciemnobłękitny mundur najwyższego oficera Imperialnej Floty, ozdobiony licznymi odznaczeniami, z których każde upamiętniało zwycięską kampanię. Absforth skinął twardo głową w odpowiedzi na honory okazywane mu przez załogę, i nie tracąc czasu na czcze rozmowy, skierował się sprężystym krokiem w stronę oficera łącznościowego. Podkute metalem buty odbijały się echem od marmurowej posadzki mostka, niczym uderzenia serca bijącego w piersi olbrzymiego statku. Zniecierpliwiony ciszą i bezruchem, komandor zatrzymał się w swoim marszu.
-Możecie już wrócić do swoich zadań!
Słowa te zadziałały jak patyk szturchający wypełniony pszczołami ul i już po chwili ogromne pomieszczenie na nowo wypełniło się rojem rozmów i popiskiwaniami niezliczonych sensorów i urządzeń pomiarowych. Zadowolony, mężczyzna ruszył dalej. Stawiał sobie za punkt honoru utrzymywanie wśród podwładnych atmosfery absolutnego posłuszeństwa, albowiem tylko w ten sposób można było służyć Boskiemu Imperatorowi. Pytania i wątpliwości cechowały słabe, pozbawione wiary umysły, a on nie życzył sobie takich na swoim okręcie. Wspomnienie potężnego krążownika zawsze wywoływało na twarzy komandora przepełniony dumą uśmiech. „Mors Intercepta”. Jakże wspaniałe, wyrażające jasne przesłanie imię. Może i trzyipółkilometrowa, obleczona grubym na dwa metry pancerzem z adamantium fregata nie należała do największych jakie na swych usługach miało Imperium, ale z całą pewnością, w swojej trwającej niemal pięć tysięcy lat kampanii wojennej, wsławiła się jako waleczna i śmiertelnie niebezpieczna dla wrogów Imperatora jednostka.
Sam Absforth dowodził nią już ponad osiemdziesiąt lat, i dzięki wszelkiego rodzaju operacjom i cudom techniki powstającym w marsjańskich laboratoriach, miał nadzieję robić to przez kolejne sto. Na swoim koncie miał kilka widowiskowych zwycięstw, które przyniosły mu tak ogromny rozgłos, że słuchy o jego wyczynach dotarły do uszu samego Wielkiego Mistrza zakonu Szkarłatnych Pięści. Bycie jednym z milionów wyższych oficerów Imperium to niewątpliwy zaszczyt, jednak służba pod rozkazami legendarnych niemalże Kosmicznych Marines była czymś, o czym marzył każdy kto ukończył Schola Progenia, ośrodek szkolący kadry dowódcze rozsyłane później na wszystkie imperialne fronty. Przenosząc poszczególne oddziały Adeptus Astartes pomiędzy kolejnymi splugawionymi przez herezję lub najazdy Xenos światami, komandor miał mnóstwo okazji do udowodnienia swoich umiejętności bojowych.
Walczył przeciwko hordom Chaosu, które zgrupowały się wokół systemu Celaphon. Tę bitwę pamiętał ze wszystkimi szczegółami. Samo dotarcie do zajętego przez zdrajców układu stanowiło nie lada wyzwanie. Kultyści zwrócili się o pomoc do swoich mrocznych Panów, którzy zrobili wszystko, aby uniemożliwić  wiernym sługom Imperatora sprowadzenie na heretyków Jego świętego gniewu. Podczas tranzytu przez Osnowę, kadłub krążownika trząsł się i przeraźliwie skrzypiał, jakby rozdzierały go ogromne pazury. Rozpętany przez demony sztorm, pozabijał wszystkich nawigatorów na pokładzie, skazując załogę „Mors Intercepta” na straszliwą śmierć w otchłani Empireum. Pozbawieni drogowskazu, jakim był Astronomicon, ślepi i głusi na otaczające ich szaleństwo Osnowy, niezdolni do obrania właściwego kierunku, błąkali się przez pustkowia Wielkiego Oceanu, w którym czaiły się hordy potworów, czekających tylko aby zacząć żerować na bezbronnych duszach uwięzionych na okręcie nieszczęśników. Wydawało się, że koniec jest bliski.
 Pole Gellera, które podczas niebezpiecznej przeprawy przez Osnowę chroniło załogę przed polującymi na ludzi demonami zaczynało słabnąć. Zdarzały się przypadki opętania, zwłaszcza w gorzej chronionych, niższych pokładach, gdzie pracowali głównie skazańcy przydzieleni do odpokutowania swoich grzechów poprzez służbę na okręcie. Dochodziło do straszliwych rzezi, podczas których potwornie zdeformowani, wyzuci z człowieczeństwa i całkowicie oddani Chaosowi ludzie dosłownie rozrywali swoich byłych towarzyszy na strzępy. Gdyby nie obecność na pokładzie oddziału Szkarłatnych Pięści pod dowództwem kapitana Abiddusa, statek z pewnością skończyłby jako kolejny kosmiczny wrak, nawiedzany przez piekielne istoty i dusze poległych w służbie Imperium. Marines utrzymywali porządek, wlewając nadzieję w serca swoimi słowami o wytrwałości i nieustającej opiece Imperatora, a jeśli zachodziła taka potrzeba- również za pomocą bolterów i mieczy łańcuchowych. Sam Absforth zaczynał odczuwać wątpliwości gdy przybyło wybawienie.
Dosłownie znikąd, pojawił się inny imperialny krążownik, który pomógł im wydostać się z Osnowy. Jego kapitan, opowiedział potem oficerom „Mors Intercepta”, o dziwacznym śnie, w którym ukazał mu się olbrzym zakuty w złotą zbroje ozdobioną wizerunkiem dwugłowego orła i zesłał mu wizję uwięzionego w Empyreum statku. Twarz istoty otoczona była blaskiem tak jasnym, że mężczyzna nie był w stanie dostrzec jego rysów, jednak nikt nie miał wątpliwości komu należały się podziękowania za ratunek. Imperator strzeże, zawsze i wszędzie. Uskrzydleni świadomością, że sam Władca Ludzkości ocalił im życia, członkowie załogi „Mors Intercepta” z dziękczynnymi modlitwami na ustach rzucili się w wir walki o system Celaphon. Ich twarze rozpalone były ogniem świętej nienawiści do heretyków, którzy ośmielili odwrócić sie plecami do Złotego Tronu. Wszystko co robili, odznaczało się idealną wręcz precyzją, jakby ich poczynaniami kierowała boska ręka samego Imperatora.
Kultyści nie mieli najmniejszych szans w starciu z słusznym gniewem lojalistów. Każda salwa torped, każda wiązka potężnych baterii laserowych krążownika, oznaczała śmierć dla tysięcy zdrajców. Przestrzeń kosmiczna systemu Celaphon rozświetlona była setkami wybuchów, kiedy imperialna flota kierowała kolejne fale zagłady w stronę wyznawców Chaosu. Odłamki wraków latały we wszystkich kierunkach, czasami dawało się nawet dostrzec maleńkie punkciki dryfujące na tle czerni kosmosu- ciała. Miliony ciał. Bitwa trwała cały dzień i zakończyła się miażdżącym zwycięstwem sił Imperium. Flota heretyków została całkowicie zniszczona. Ponad dwa tysiące okrętów zamieniło się w płonące wraki, niemal cztery miliony zdrajców połączyło się z mrocznymi bóstwami, którym oddawali cześć. „Mors Intercepta” odnotował aż osiem potwierdzonych zniszczonych okrętów przeciwnika. W nagrodę, Rada Terry przyznała komandorowi Absforthowi prawo do umieszczenia na burcie krążownika ogromnego, złotego znaku Aquili, herbu samego Imperatora, świadczącego o zasługach oznaczonej nim jednostki.
Był to honor tak wielki, że zasłużył na osobiste gratulacje z ust Wielkiego Mistrza Szkarłatnych Pięści. To nie był jednak koniec, osiągnięć komandora. Niedługo później uczestniczył w oczyszczaniu kilku najbardziej wysuniętych systemów Imperium z plagi Orków, którzy w swych topornych, prymitywnie skonstruowanych z opuszczonych wraków innych ras statkach, szykowali się do zmasowanego ataku. Pomniejsze starcia z flotami Eldarów były tak liczne, że została im poświęcona cała ściana w Komnacie Pamięci. Złotymi zgłoskami zostały tam wyryte wszystkie osiągnięcia wojenne jednostki i jej kapitanów. Zawierała również listę poległych na jej pokładzie żołnierzy. Obecnie liczyła ona dokładnie miliard trzysta siedemdziesiąt milionów czterysta pięćdziesiąt osiem nazwisk. Wszyscy oni polegli w jedyny dopuszczalny dla wojownika sposób- wykonując wolę Imperatora.
Wspomnienia minionych bitew pogrążyły Absfortha w ponurym nastroju. Bynajmniej nie żałował zmarłych, wierzył, że nie zginęli na próżno. Odczuwał swego rodzaju zawód towarzyszący powierzonej sobie obecnie misji. Po tylu militarnych kampaniach, w których pokazał się z jak najlepszej strony, został skierowany do patrolowania Elpidy. Co prawda, nagłe pojawienie się elearskiego światostatku nieco osłodziło gorycz zawodu, ale solidnie uszkodzony pojazd nie był przeciwnikiem, którego pokonanie mógłby poczytywać sobie za honor. Czuł wewnętrzna potrzebę działania, adrenaliny pulsującej w żyłach i ekscytacji płynącej z taktycznego zmagania z dowódcą wrogiego statku. Wszystko wskazywało jednak na to, że w najbliższym czasie nie będzie mógł pofolgować swoim wrodzonym żądzom. Gdy tylko zbliżył się do łącznościowca, ten natychmiast zerwał się z fotela i wyprężył służbiście, składając na piersi znak Aquili ze skrzyżowanych dłoni. Absforth przyłożył dwa palce do swojej szerokiej, kapitańskiej czapki i wskazał oficerowi siedzenie, z którego ten przed chwilą zeskoczył. Mężczyzna niepewnie zajął swoje miejsce przed rozjarzonym migającymi lampkami panelem.
-Połącz mnie z Cytadelą Inkwizycji. Z samym Wielkim Mistrzem. Powiedz, że mam dla niego wiadomość od Lorda Inkwizytora Xendora Kestaha. Chodzi o niebezpieczny artefakt.
Łącznościowiec bez zbędnych pytań zaczął przebiegać palcami po pokrywających pulpit runach, i już po chwili rozległ się sygnał oznaczający wyszukiwanie kanału komunikacyjnego. Z uwagi na olbrzymią odległość dzielącą znajdującą się na Terze Cytadelę i „Mors Intercepta”, trwało to irytująco dla komandora długo. Z zaciętą miną wpatrywał się w ekran. Wyraz jego pokrytej bliznami twarzy był tak przerażający, że oficer łącznościowy skulił się w swoim fotelu, by prezentować sobą jak najmniejszy cel i nie rzucać się w oczy. Po jego szerokim czole spływały kropelki potu i skapywały na nieskazitelny mundur. Sekundy przepływały niemiłosiernie wolno, zamieniając się w minuty. Gdy znajdujący się w prawym rogu ekranu licznik wskazał pół godziny, rozległ się głośny pisk, zastąpiony chwilę później przez odległy szum, przerwany sporadycznymi trzaskami. Zaświeciła się zielona lampka kontrolna, i na monitorze ukazała się pozbawiona wyrazu twarz serwitora. Za jego głową splatały się dziesiątki cienkich kabli biegnących w głąb ciemnego pomieszczenia, w którym się znajdował. Jedynym źródłem światła były jarzące się na zielono sensory wstawione w miejsce oczu mechanicznego sługi.
-Połączenie o sygnaturze Purpura. Niezbędny kod autoryzujący. Zidentyfikuj się.
Metaliczny głos wydobywał się z przymocowanych do gardła serwitora głośników. Komandor skrzywił się na jego nieprzyjemny, drażniący uszy dźwięk.
-Komandor Garviel Absforth, dowódca krążownika „Mors Intercepta” w służbie boskiego Imperatora! Kod dostępu sygnatury Purpura…-pochylił się i wprowadził na runicznej klawiaturze odpowiednią sekwencję- Proszę o rozmowę z Wielkim Mistrzem Vylese.
Rozpoznając wprowadzone hasło, serwitor bez dalszych słów przełączył komandora na inny kanał. Przez chwilę ekran był całkowicie czarny, i Absforth zaklął głośno, pewny, że połączenie zostało utracone. Jednak kolejny trzask rozwiał jego podejrzenia. Monitor zamigotał, i rozjaśnił się ponownie, ukazując wnętrze skromnie umeblowanej komnaty. Znajdowało się w niej jedynie twarde, okryte cienkim kocem łóżko, z rodzaju tych, na których spali więźniowie na jego statku i stojąca obok niego szafka uginająca się pod ciężarem złożonych na niej ksiąg. Przed ekranem siedział na równie skromnym, pozbawionym wszelkich ozdób krześle drobny mężczyzna z siwymi, sięgającymi ramion włosami. Jego oblicze było jakby zapadnięte w sobie, a obecny w nim smutek i odcisnął swoje piętno w postaci głębokich zmarszczek. Wielki Mistrz Vylese nie przypominał człowieka mającego tak potężną władzę. Wyglądał raczej jak zmęczony życiem staruszek, którego ktoś właśnie wyrwał z drzemki.
-Komandorze! Niech spłynie na ciebie łaska Imperatora. Jakie nowiny przynosisz?
Pomimo wątłego wyglądu, głos Wielkiego Inkwizytora był mocny i przepełniony niezłomną wolą, zdolną ugiąć kolana najbardziej zatwardziałego grzesznika. Absforth z wcześniejszych rozmów z Vylese wiedział już czego się spodziewać wiec nie wywarło to na nim zbyt wielkiego wrażenia, jednak wciąż nie mógł przyzwyczaić się do tego osobliwego tembru. Pospiesznie padł na jedno kolano, okazując w ten sposób szacunek temu, który był najwyższym narzędziem Woli Imperatora i skłonił nisko głowę.
-Mój panie! Lord Inkwizytor Kestah przesyła swoje pozdrowienia. Pragnie bym poinformował waszą świątobliwość o ważnym odkryciu, którego dokonał na wraku statku Eldarów.
-Cóż to za znalezisko, które może wymagać mojej uwagi?
-Niezwykle niebezpieczny artefakt, znany w przeklętym języku Xenos jako Isthmus. Kestah sądzi, że służy on do…
-Podróży pomiędzy odległymi punktami Wszechświata, szybszej i bezpieczniejszej niż ta wiodąca przez bramy Osnowy…
Komandor wcale nie był zdziwiony odkryciem, że Wielki Mistrz Inkwizycji wiedział o Isthmusie jeszcze zanim dotarł do niego raport Kestaha. Cytadela była prawdziwą skarbnicą wiedzy, a informacje, w których posiadaniu była, niejednokrotnie pozostawały sekretem nawet dla tych, którzy jej służyli. Tylko nieliczni mogli dostąpić zaszczytu wglądu we wszystkie zebrane przez Inkwizycję księgi.
-Tak, panie! Inkwizytor Kestah odkrył, że światostatek, który zestrzeliliśmy, poszukiwał tego przedmiotu, kiedy został zaatakowany i uszkodzony. Zdołał przechwycić współrzędne położenia Isthmusa. Pozwól, panie, że ci je prześlę.
Wielki Mistrz wpatrywał się jak urzeczony w wyświetlające się przed jego oczami rzędy cyfr oznaczających koordynaty w Segmentum Obscurum. Jego twarz zmieniła się nie do poznania. Nie był już zmęczonym staruszkiem, a tryskającym energią i chęcią działania dowódca Świętej Inkwizycji. Po chwili jednak zorientował się, że dał się ponieść emocjom, i na powrót przybrał swoją obojętną, niepozorną maskę.
-Przekaż Lordowi Kestahowi wyrazy mojego podziękowania. Nie ominie go nagroda za wierną służbę. Imperator nie zapomina o tych, którzy przyczyniają się do wynoszenia Jego imienia. Poinformuj go również, że moim życzeniem jest by…
Słowa Inkwizytora utonęły w ryku syren alarmowych, które nagle ożyły i wypluły z siebie ogłuszające wycie. Absforth natychmiast zerwał się na nogi i spojrzał w stronę głównego monitora mostka, przed którym stał tłum oficerów kontrolujących funkcje życiowe okrętu oraz obserwujących jego otoczenie w poszukiwaniu ewentualnego zagrożenia, które nagle zrobiło się bardzo realne. Komandor doskonale znał wydobywający się z głośników sygnał, i rozumiał z czym się on wiąże. Gdzieś w pobliżu otwarła się brama Osnowy, a to mogło oznaczać tylko jedno. Zbliżał się obcy statek. Nie mogło być mowy o pomyłce. Jednostka imperialna wysłała by wcześniej wiadomość, aby nie wszczynać niepotrzebnego alarmu. Zresztą sensory „Mors Intercepta” z łatwością rozpoznałyby sygnatury silników sprzymierzeńców. A jeśli zbliżający się obiekt nie należał do Imperium, walka była nieunikniona. Nieważne czy byli to Orkowie, Eldarzy, Tau, kultyści Chaosu, czy nawet przerażające biostatki Tyranidów… Ludzkość miała wielu wrogów, a każdy z nich z równą determinacją dążył do jej unicestwienia. Jednak zamiast odczuwać strach i niepewność, komandor uśmiechnął się tylko drapieżnie i skierował twarz w stronę Wielkiego Mistrza.
-Wybacz Lordzie Inkwizytorze, wygląda na to, że Eldarzy chcą pomścić swoich braci.
Starszy mężczyzna skinął w powadze głową.
-Niech wasza furia rozsławi imię Imperatora!
Ekran połączenia zgasł. Absforth rzucił ostre spojrzenie wciśniętemu w fotel łącznościowcowi.
-Natychmiast otwórz kanały z kapitanami pozostałych statków. Chcę mieć ich raporty o gotowości bojowej za pięć minut!
Oprócz ogromnego krążownika, wokół Elpidy krążyły jeszcze trzy inne okręty imperialne. Były to ciężkozbrojne, piekielnie szybkie fregaty dowodzone przez doświadczonych i zaprawionych w bojach oficerów, z którymi komandor już wielokrotnie miał możliwość służyć.  „Litania Wściekłości”, na której żelazną ręką panował kapitan Loxew, wyposażona w działo plazmowe o morderczym zasięgu i sile rażenia oraz załogę złożoną z samych weteranów wojen Gotyckich. Tuż obok niej, sunął niemal niewidoczny kształt najeżony wieżyczkami przeciwlotniczymi oraz wielkokalibrowymi bolterami, zdolnymi przeorać kilkudziesięciocentymetrowy pancerz- „Strażnik Terry”, dowodzony przez pułkownika Tots’a. Ostatnią jednostką była wypełniona po brzegi bombowcami i lekkimi myśliwcami głębokiej przestrzeni „Wiara”, której ciężka sylwetka  była kontrolowana przez bezpośrednio podłączonego do systemów sterowania komodora Virpla.
Wspomagane potężną siłą rażenia, którą zapewniała „Mors Intercepta”, mogły stanowić prawdziwą pięść zdolną zmiażdżyć większość nieprzyjaciół Imperium, dlatego też, Absforth nie niepokoił się nadchodzącą potyczką, wręcz przeciwnie, nie mógł się jej doczekać. Nie chcąc tracić czasu na oczekiwanie na raporty, podszedł do głównego monitora i przeszukiwał go wzrokiem chcąc dostrzec nowoprzybyłe statki, jednak były one jeszcze za daleko, lub też używały jakiejś technologii maskującej, nie mógł więc zorientować się w ich liczebności i rozmiarach. Rzucił pytające spojrzenie jednemu ze stojących przy pulpicie oficerów. Mężczyzna wyprężył się i zasalutował.
-Sir, nasze sensory nie wykryły jeszcze żadnych oznak obecności nieprzyjaciela. Wiemy jedynie, że cztery minuty i dwadzieścia osiem sekund temu, w odległości trzech milionów kilometrów, otwarła się brama Osnowy.
Cztery i pół minuty temu. Oznaczało to, że ich systemy ostrzegania zawiodły. Przeciwnik miał sporą przewagę, i mógł właśnie przygotowywać zasadzkę, a oni nie wiedzieli nawet z kim mają do czynienia. Wrogie statki mogły być wszędzie. Jakby tego było mało, wyprostowany oficer wyglądał jakby chciał powiedzieć coś, co jak wiedział, nie spodoba się jego dowódcy. Miał minę kogoś, kto zjadł coś nieświeżego, co zaszkodziło jego żołądkowi. Absforth uniósł brew i skinął ręką, udzielając mężczyźnie głosu.
-Sir…Brama Osnowy…Ona…Ona wciąż jest otwarta.
Komandor wpatrywał się jak oniemiały w twarz swojego asystenta, zupełnie jakby spodziewał się, że ten w każdej chwili roześmieje się i stwierdzi, że tylko żartował. To było niemożliwe! Jeśli rzeczywiście Brama była ciągle aktywna od pięciu minut…Byli w poważnych tarapatach. Jeden okręt wielkości „Mors Intercepta” potrzebował zaledwie dziesięciu sekund by opuścić Empreum…Pięć minut… Oznaczało to, że mają do czynienia z ogromną flotą wojenną.  Absforth pogrążył się w gorączkowych rozmyślaniach. Musiał jak najszybciej opracować strategię i rozesłać rozkazy. Ale żeby to zrobić, musiał najpierw zebrać więcej informacji. Nie mógł sobie pozwolić na podejmowanie decyzji w ciemno. Istniało niewiele ras, które mogłyby zgromadzić równie potężną siłę ale... Eldarowie byli zbyt zaangażowani w wewnętrzne konflikty, by zjednoczyć się przeciwko ludziom. Orkowie nie potrafiliby tak dobrze skoordynować swoich poczynań, każdy wódz klanu robiłby to na co akurat przyszłaby mu ochota, na pewno nie podporządkowaliby się jednemu dowódcy. Imperium Tau nie słynęło z kosmicznych flotylli, ich potęga leżała w naziemnych starciach, w których siłą ognia potrafili skłonić do odwrotu nawet Kosmicznych Marines.
 Również Tyranidzi nie wchodzili w rachubę, ponieważ przybycie ich roju poprzedzały zakłócenia w komunikacji. Rozmowa, którą odbywał z Wielkim Mistrzem w czasie rozpoczęcia najazdu, może i nie była najwyższej jakości, ale przebiegała bezproblemowo… Zatem kto to mógł być? Komandor skinął na stojącego w kącie pomieszczenia posłańca. Był to młody, chłopak, którego wytrzeszczone w przerażeniu oczy dobitnie świadczyły o tym, że wolałby być gdziekolwiek, byle nie na pokładzie jednego z walczących w pustce kosmosu statków. Mimo to, podszedł na chwiejnych nogach do swojego dowódcy by wsłuchać jego rozkazów.
-Znajdź sierżanta Lycana z Zakonu Szkarłatnych Pięści. Powinien przebywać w Aptecarium wraz z pozostałymi rannymi braćmi. Przekaż mu, że czeka nas walka, i że chętnie zasięgnę rady równie doświadczonego wojownika jak on. Ruszaj!
Chłopak pospiesznie skinął głową i wypadł pędem z mostka, byle tylko znaleźć się jak najdalej od tego wypełnionego zgiełkiem syren i gorączkowymi pokrzykiwaniami pomieszczenia pełnego ludzi szykujących się na śmiertelne starcie z czającym się gdzieś niewidocznym wrogiem.
-Imperatorze strzeż nas!
Pełen przerażenia, bliski paniki głos jednego z podwładnych zwrócił uwagę Absfortha. Pospiesznie ruszył w stronę, z której dobiegł krzyk i już po chwili musiał przeciskać się przez zbity tłum oficerów, którzy z pobladłymi twarzami wpatrywali się w jeden z ekranów. Wszyscy wyglądali jakby już umarli. Ich oblicza były wykrzywione w paroksyzmie strachu, a bezkrwiste usta szeptały bezgłośne modlitwy o ocalenie. Nikt nie zważał na jego rangę, i komandor musiał użyć siły by przedrzeć się do pulpitu. Gdy tylko mu się to udało spojrzał na rozświetlony migoczącymi punktami monitor radaru i zamarł na chwilę. Zza krawędzi obszaru obejmowanego przez zasięg sensorów statku, powoli wyłaniały się kolejne czerwone znaczniki oznaczające okręty nieprzyjaciela. Systemy rozpoznawcze pracowały na najwyższych obrotach, jednak nie były w stanie rozpoznać typu zbliżających się jednostek. Jedno było pewne- większość z nich dorównywała wielkością „Litanii Wściekłości”. Pojedynczo, a nawet w liczącej pięć lub sześć statków grupie, nie stanowiłyby one żadnego zagrożenia dla „Mors Intercepta”.
Kłopot w tym, że na ekranie radaru pojawiało się ich coraz więcej i więcej. Komandor z przerażeniem naliczył dwadzieścia dwa, a ich liczba ciągle rosła. Nic jednak nie przygotowało go na szok, którego doznał chwilę później, kiedy za swoimi mniejszymi braćmi, pojawił się większy cień, przy którym nawet wspaniały krążownik imperialny wydawał się dziecinną zabawką. Nieprzyjacielski okręt musiał mieć przynajmniej osiem kilometrów długości i półtora szerokości. Ta latająca forteca z pewnością uzbrojona była w wszelkiego rodzaju narzędzia zagłady, zdolne zredukować całą planetę do rozmiaru pyłku. Ponownie rozległy się strwożone okrzyki zgromadzonej załogi. Absforth jeszcze przez chwilę wpatrywał się w zbliżającą się nieubłaganie zagładę, a następnie odwrócił się i podszedł ponownie do łącznościowca. Ten zdążył już nawiązać połączenia z pozostałymi okrętami. Ekran podzielony był na trzy części, z których spoglądały na niego ponure twarze pozostałych kapitanów. Najwyraźniej oni również ujrzeli obcą flotę. Gdy dostrzegli komandora, zasalutowali mu oficjalnie. Absforth uśmiechnął się w duchu. Nawet w obliczu śmierci ci ludzie pamiętali o swoich obowiązkach. Czuł się dumny mogąc dowodzić tak znakomitymi żołnierzami.
-Meldunki, panowie?
Jako pierwszy odezwał się kapitan Virpl, otoczony przez plątaninę kabli i tub, które łączyły go ze wszystkimi systemami „Wiary”. Dawało mu to możliwość niezwykle precyzyjnego dowodzenia okrętem, jednak miało też swoje skutki uboczne- każdy cios jaki przyjął statek, sterujący nim dowódca odczuwał jakby był on wymierzony w jego ciało. Nie wróżyło mu to najlepiej w obliczu zmasowanego ataku przeciwników.
-Wszystkie załogi bombowców i myśliwców kończą właśnie tankowanie i uzupełnianie zapasów amunicji. Za sześć minut będą gotowe do startu. „Wiara” czeka na rozkazy.
-Wszystkie silniki pracują na mocy bitewnej, reaktor plazmowy otrzymuje właśnie ostatnie konsekracje z rąk Kapłanów Maszyny. Działo podłączone i gotowe do użycia. „Litania Wściekłości” czeka na rozkazy.
-Rakiety Doomsday załadowane do luków torpedowych, działa lotnicze obsadzone. Żadnych aktywnych usterek. „Strażnik Terry” czeka na rozkazy.
Komandor skinął głową, zadowolony z tego co usłyszał. Nie spodziewał się niczego innego po równie doświadczonych dowódcach. Może i tego dnia było pisane im zginąć, ale nie stanie się to w wyniku błędów na szczeblach dowódczych.
-Wyłączyć syreny i uaktywnić połączenia do głośników na wszystkich statkach!
Odczekał chwile aż jego rozkazy zostaną spełnione. Uniesiony do góry kciuk łącznościowca dał mu znak, że może zaczynać.
-Tu komandor Absforth. Zwracam się do każdego członka załogi, od oficerów po zakutych w kajdany skazańców. Nie mam zamiaru was oszukiwać czy zatajać przed wami prawdy. Stoimy na skraju zagłady… Leżący pod nami świat, stoi na skraju zagłady… Zdradzieccy Xenos postanowili najechać święte ziemie należące do Imperium, i tylko my stoimy im na drodze. Dlatego pytam was…Czy pozwolimy, by uszło im to bezkarnie? Będziemy kulić się w oczekiwaniu na śmierć, czy też pokażemy im, że nikt i nic nie stoi ponad gniewem Imperatora i że nie boimy się oddać życia z Jego boskim imieniem na ustach? Wielu z was pamięta Jego cudowna opiekę, którą obdarzył nas podczas gdy błąkaliśmy się w pustce Osnowy. Uratował nam życia, a wiec nalezą one do Niego! Teraz nadchodzi pora aby zwrócić Mu to, co do niego należy. Nikt kto ginie w Jego służbie, nie ginie na próżno, pamiętajcie o tym i zróbcie wszystko, żeby te skurwysyny pożałowały dnia, w którym wiatry Empyreum przygnały ich w strony, które znajdują się pod naszą protekcją! Niech Imperator nie ma litości nad ich przeklętymi duszami, jak my, nie będziemy jej mieć nad ich ciałami! Za Imperatora!
-Za Imperatora!
Potężnemu głosowi zza pleców towarzyszył głuchy odgłos stalowej rękawicy uderzającej w napierśnik. Zaskoczony komandor odwrócił się i stanął twarzą w twarz z bratem Lycanem. Oblicze Kosmicznego Marines płonęło gorączka bitewną i rozkoszą, którą w przypadku Astartes mogła dać tylko chwalebna śmierć w służbie Imperium i jego boskiemu władcy.
-Dobrze cię widzieć lordzie-sierżancie! Czeka nas piekielnie trudna walka!
Lycan spojrzał na rój znaczników oznaczających pozycję i ilość nieprzyjaciół. Jego twarz wyrażała pogardę dla wszystkiego co było Xenos.
-Światłość Złotego Tronu czuwa nad tymi, którzy nie boją się za niego ginąć. Boisz się, komandorze?
Absforth wejrzał w głąb siebie szukając odpowiedzi na postawione pytanie. Ku swojemu zaskoczeniu znalazł tam jedynie ogromne pokład nienawiści do plugawych obcych oraz chęć zabrania ze sobą w zaświaty tak wielu jak tylko będzie mu to dane. Nie było tam niczego, co choć odrobinę przypominałoby strach. Wyszczerzył zęby w upiornym uśmiechu. Brat Lycan odpowiedział mu tym samym grymasem szaleńca.
-Zabijmy kilku tych skurwieli!
-Nie wiem jak ty, komandorze, ale ja wolałbym posłać do piekła znacznie więcej.
Obaj wybuchli śmiechem, który gdyby tylko mógł dotrzeć do załóg wrogich okrętów, z pewnością zmusiłby je do odwrotu, tak bardzo był złowieszczy. Był to śmiech, który mogą wydać z siebie tylko ludzie pogodzeni z własnym losem i zdeterminowani, by podzielić go ze swoimi przeciwnikami.
Razem z sierżantem Szkarłatnych Pięści i dowódcami pozostałych statków, komandor Absforth zaczął pospiesznie ustalać plan przebiegu bitwy, który zakładał zadanie wrogom jak najdotkliwszych strat, bez względu na koszty i starty własne. Gdy wszystko było już niemal uzgodnione, ostrzegawczy krzyk jednego z młodszych oficerów przykuł ich uwagę.
-Komandorze! Nieprzyjaciel w zasięgu wzroku! Odległość pół miliona kilometrów i maleje!
Absforth natychmiast pobiegł w kierunku przeszklonej, przedniej części mostka, z której roztaczał się widok na oświetloną rozbłyskami tysięcy gwiazd pustkę kosmosu, w której daleko przed nimi czaiło się niebezpieczeństwo. Przeniósł spojrzenie na ekran, na którym wyświetlał się przybliżony fragment przestrzeni, z doskonale już widoczną sylwetką pierwszego wrogiego statku. Miał on dziwaczny, przypominający półksiężyc kształt, z którego szczerzyły się groźnie liczne lufy baterii laserowych. Zdobiły go gęsto kopulaste wypustki, które musiały być stanowiskami lżejszej broni. Lśniący, fioletowy pancerz pokryty był złowieszczo wyglądającymi runami, które komandorowi kojarzyły się z eldarskimi, jednak było w nich coś innego, mroczniejszego i jakby dzikszego. Cały mostek w milczeniu obserwował nieznanego przeciwnika, z którym już za chwilę przyjdzie się im zmierzyć.
-Szykuje się niezła zabawa, komandorze. Wiesz do kogo należą te statki?
Absforth spojrzał na Lycana i przepraszająco potrząsnął głową. Potężny wojownik Astartes wykrzywił się wściekle, jakby przypominając sobie o jakimś wyjątkowo nieprzyjemnym przeżyciu.
-Prymulowie. Dwemerzy. Mroczni Eldarowie. –niemal wypluł to słowo, zupełnie jakby samo jego wypowiadanie było czymś bardzo nieprzyjemnym- Słyszałeś o nich?
Komandor zbladł. Teraz odkrył, że jednak ma w sobie ukryty strach, który nagle wypłynął na powierzchnię i zaczynał przejmować kontrolę nad jego ciałem i umysłem. O Mrocznych Eldarach krążyły przerażające legendy i pogłoski, na których wspomnienie włosy jeżyły mu się na karku, a po plecach spływały strumienie zimnego potu. Ta tajemnicza, jeszcze do niedawna nieznana ludzkości rasa słynęła z wyjątkowego okrucieństwa, przejawiającego się w bezlitosnym torturowaniu schwytanych nieszczęśników, dla samej płynącej z tego przyjemności. Ich pojawienie się oznaczało dla każdego, kto wpadł w ich ręce niewyobrażalne męczarnie, trwające nawet całymi latami. Pamiętał opowieść o zagubionym, zamieszkałym przez ludzi świecie, który rokrocznie był obiektem inwazji Prymulów.
Zjawiali się zawsze nocą, i lądowali na powierzchni wybranej planety. Hordy spragnionych krwi, odurzonych narkotykami wojowników z dzikim śmiechem przelatywało nad miastami i wioskami na swoich antygrawitacyjnych motocyklach i zaganiały przerażonych mieszkańców na rynek niczym bydło prowadzone na rzeź. Następnie, nowe zabawki były pakowane do statków i wysyłane na orbitę do największego okrętu, na którym poddawane były męczarniom. Dopiero pojawienie się Floty Ekspedycyjnej Imperium, i oddziału Kosmicznych Wilków, położyło kres najazdom Mrocznych Eldarów. Uratowani nieszczęśnicy, którzy stali się wrakami ludzi, opowiadali przerażające historie o swoich oprawcach.
Dwemerowie posiadali specjalną kastę specjalizującą się w zadawaniu przemyślnych tortur, tak zwanych Haemonculus. Były to szkieletowate, obleczone przeraźliwie bladą skórą istoty o wydłużonych cylindrycznie czaszkach, i bionicznie wszczepionych w opuszki palców ostrzach skalpelów. Zapewniały one krwawą rozrywkę spragnionym bólu i wrzasków Mrocznym Eldarom. Ich przedstawienia, polegające na obdzieraniu człowieka ze skóry, mięśni i ścięgien, gromadziły całe rzesze pijanych torturami Dwemerów. Umiejętności tych karykaturalnych chirurgów były tak wielkie, że potrafili oni utrzymywać swoje ofiar przy życiu nawet wtedy, gdy leżały całkowicie obrane z wszelkich tkanek. Wówczas to, następowała nowa zabawa, polegająca na „składaniu” elementów wijącej się i wyjącej z bólu układanki ociekającej krwią, w coś zupełnie innego, w niczym nieprzypominającego człowieka, którym niegdyś było. Szeptano opowieści o dziwacznych, sześcionożnych makabrycznych pupilach krążących wokół nóg Haemonculusów, na których ludzkich co prawda twarzach, próżno było się doszukiwać ludzkich odczuć. Prymulowie, w przeciwieństwie do swoich kuzynów- Eldarów, nadal zamieszkiwali planety, na których wznosili swoje poświęcone plugawym bogom miasta z kości. Ich przybycie zwiastowało cierpienie i śmierć, której okropieństwa trudno było wyrazić słowami.
-Niech Imperator zlituje się nad naszymi duszami!
Sierżant zaśmiał się wesoło.
-Łaska jest dla tych, którzy walczyli dzielnie w Jego imieniu. Tchórze giną w hańbie.
-W takim razie, zasłużmy na Jego przychylność!- Absforth wziął się w garść, nie chcąc by, któryś z jego podwładnych zobaczył, że ich kapitan stracił wolę walki.- Opuścić osłony! „Wiara”, „Strażnik Terry”, „Litania Wściekłości”…Wiecie co macie robić! Pokażmy naszym zagubionym gościom drogę do piekła!  I pamiętajcie…Imperium jest wieczne!
-„Wiara” przyjęła! Niech Imperator kieruje naszymi działami!
-„Litania”, przyjęła! Za Terrę!
-„Strażnik”…”Litania”, to moja kwestia! A niech cię… „Strażnik” przyjął! Na chwałę Imperatora!
Z rozmieszczonych po całym okręcie głośników zaczęły się wydobywać odczytywane spokojnym głosem Eklezjarchy słowa modlitwy do Imperatora.
„Ci, którzy przeciwstawiają się Twojej świętej Woli,
Poznają smak gniewu Twych dzieci.
Pola i lasy rozpalą się ogniem Twej zemsty
A morza i oceany powstaną, by ich pochłonąć
Wichry rozedrą ich naród,
I zostaną starci z powierzchni ziemi
Gromy spadną na nich z przestworzy.
I będą wołać do swych fałszywych bożków
Lecz odpowie im cisza.
Ciężkie, adamantowe osłony, z cichym szumem opadły na przeszkloną część mostka by dodatkowo ochronić przebywających na nim oficerów, którzy teraz byli zdani jedynie na elektroniczne sensory okrętu. Kilku Adeptów Maszyny, spowitych w szkarłatne szaty, kręciło się wokół poszczególnych urządzeń i skrapiało je świętymi olejkami oraz okadzało je, błagając Ducha Maszyny o ich niezawodność. Absforth odwrócił od nich wzrok i utkwił go w ekranie radaru. Widział jak z pokładu „Wiary” wysypuje się rój lekkich myśliwców i opasłych bombowców. Ich zadaniem było jak najszybsze uszkodzenia jak największej ilości stanowisk broni nieprzyjaciela i błyskawiczne wycofanie się po uzupełnienia na pokład fregaty. Komandor z zapartym tchem obserwował jak naprzeciw imperialnym statkom, wyruszają inne, które wyhynęły z brzucha jednego ze statków Mrocznych Eldarów. Obie chmary spotkały się w połowie drogi. Chociaż ludzkich samolotów było zdecydowanie mniej, ich piloci nadrabiali swoją liczebność doskonałym wyszkoleniem. Dodatkowo, ich pojazdy były znacznie lepiej opancerzone i uzbrojone. W pustce kosmosu rozegrało się pierwsze starcie pomiędzy flotą komandora Absfortha a tą należącą do Dwemerów.
Aazav mocno szarpnął za drążek, i napędzany wektorowymi silnikami lekki myśliwiec posłusznie wykonał ostry skręt w lewo, akurat by uniknąć zderzenia z resztkami czegoś, co kiedyś było pojazdem obcych. Bezpośrednie trafienie w kokpit było niezawodnym sposobem na wyeliminowanie każdego kosmicznego statku, nieważne jak bardzo zaawansowana byłaby jego technologia, choć z tego co widział, w przypadku tych dziwnych przeciwników, nie prezentowała się ona zbyt okazale. Wystrzeliwane przez fioletowe myśliwce nieprzyjaciół smugi laserów, odbijały się nieszkodliwie od cienkiego przecież pancerza imperialnych samolotów. Widział co prawda kilku ze swoich towarzyszy-pilotów zamienionych w eksplodujące kule, ale efekt ten był powodowany głównie trafieniami w newralgiczny punkt, jakim były silniki.
Z kolei te księżycowate miniatury dużych okrętów, z których wnętrzności wyleciały, a których ogromna chmara znajdowała się wszędzie dookoła niego, wybuchały niemal przy każdej serii z ciężkiego boltera przymocowanego do podwozia jego myśliwca typu „Delta V”. Rozejrzał się w poszukiwaniu kolejnego przeciwnika, którego mógłby posłać w zaświaty. Przez grubą, wykonaną z pancernego szkła szybę kokpitu miał doskonały widok na toczącą się przed nim batalię. Ze wszystkich stron, z góry, z dołu, z lewej i prawej, a także z różnorakich wariacji tych czterech kierunków pikowały zarówno imperialne jak i wrogie samoloty, podświetlane przez rozbłyski amunicji i strugi laserów. Od czasu do czasu, kula jaśniejszego światła świadczyła o tym, że bitwa zakończyła się dla kolejnego pilota. Za każdym razem Aazav miał nadzieję, że owym pechowym skurwysynem jest któryś z Obcych. Zmienił kierunek nie chcąc zbyt długo lecieć tym samym torem.
Pierwsza zasada lotnictwa- zmieniaj wektor lotu. Jeśli tego nie robisz, równie dobrze możesz zawisnąć w miejscu poczekać aż ktoś cię zestrzeli. Zobaczył cel. Jakiś kilometr przed nim, migotały ognie z silników wrogiego pojazdu. Wcisnął stopą przepustnicę, zwiększając moc silnika. Gwałtowne uderzenie mocy cisnęło samolotem do przodu, nadając mu tempa. Zatrzymał przepływ energii. W pozbawionym siły ciążenia kosmosie, nie było sensu by napęd pracował przez cały czas. Pojedynczy impuls nadawał pojazdom prędkość, i wprawiał je w ruch, który mógł trwać nieprzerwanie. Wektorowe, osadzone na ruchomym wale silniki, pozwalały kontrolować kierunek tego impulsu i w razie potrzeby zwiększać, lub zmniejszać prędkość. Teraz widział już swoją zwierzynę czysto i wyraźnie. Siedział jej na ogonie, a mało było pilotów, którzy potrafiliby go wymanewrować gdy już ustawił się w odpowiedniej pozycji. Był pewien, że te xenoskie ścierwa nie mają nawet jednego, któremu udała by się ta sztuka.
-Widzisz skubańca, Ibram?
-Ay, szefie! Cel namierzony!
-Poślij mu pozdrowienia od Imperatora!
Zaterkotał ciężki karabin maszynowy i po chwili seria wielkokalibrowych pocisków przetoczyła się po powłoce półksiężycowego samolotu. Skrzydła zajęły się ogniem, a po chwili cały pojazd zniknął w bezgłośnym wybuchu. Aazav spojrzał na podświetlony na zielono licznik u dołu przedniej szyby. Cyfry zamigotały i zmieniły się. 05. Jeśli tak dalej pójdzie, zasłuży na złotą rozetkę.  Nagle, coś potężnie uderzyło w bok myśliwca. Pilot poczuł jak siła impetu ciska go w kąt kokpitu, i gdyby nie przytrzymujące go pasy, wyleciałby z fotela. Poczuł jak mocujące go zabezpieczenia boleśnie wbijają się w jego ciało.
-Co to do cholery było?
-Ay, szefie…Wygląda na to, że straciliśmy jednego bombowca.
Aazav zerknął na radar wskazujący pozycje sojuszniczych jednostek. Rzeczywiście, jeden z oznaczonych trójkątami bombowców podświetlał się na czerwono.
                -Kurwa! Co tam się dzieje?
                Na monitorze widział jak eskadra przeciwników krąży wokół pozostałych samolotów bombowych niczym stado padlinożerców wokół dogorywającej ofiary. Nawet z tak grubym opancerzeniem, nie mogły one wytrzymać równie skoncentrowanego ognia. Trzeba było im pomóc.
                -Tu Apostoł 1, słyszycie mnie?
                Po kolei odzywali się wszyscy członkowie jego jednostki. Z ulgą stwierdził, że póki co nie brakowało żadnego z nich. Nawet Yakoh, fajtłapowaty Yakoh jakimś cudem jeszcze nie dał się zabić.
                -Wygląda na to, że nasze owieczki mają kłopoty z dostarczeniem wełny! Zbierać dupy i za mną!
                Wprawnie manewrując pomiędzy latającymi dookoła szczątkami, Aazav zawrócił samolot i skierował go w stronę odległego oblężenia eskadry bombowców. Opasłe, ciężkie i powolne, stanowiły one znakomity cel dla zwrotnych myśliwców. Miały co prawda stanowiska ciężkiej broni, jednak szanse, że uda się za ich pomocą coś zestrzelić, były znikome. Do obrony miały seszelon Apostołów. Ponownie spojrzał na radar. Za nim, w podręcznikowej wręcz formacji diamentu, ustawili się jego podwładni. Uśmiechnął się z zadowoleniem i natarł na najbliższy wrogi pojazd. Wystarczyła jedna seria oddana przez Ibrama, by posłać dookoła jego szczątki. Dookoła widział jak kolejne samoloty ulegają zniszczeniu, skoszone ogniem pozostałych Apostołów. Zdołał zaliczyć jeszcze jedno trafienie, i było już po wszystkim. Przynajmniej jeśli chodzi o bombowce.
                -Formować szwadron ochronny wokół tych maleństw! Odprowadzimy je do domu!
                Od najbliższego krążownika nieprzyjaciela dzieliło ich już niewiele, a na ich drodze stanęło zaledwie kilka myśliwców, z którymi poradzili sobie bez większych problemów. Jednak gdy tylko zbliżyli się na odległość, wyznaczaną przez zasięg baterii przeciwlotniczych umieszczonych na ogromnym kadłubie okrętu, zaczęło się piekło. Potężne salwy laserów sprawiały, że trafione nimi jednostki dosłownie wyparowywały. Apostołowie starali się lawirować pomiędzy wiązkami światła, jednak na niewiele to sie zdało. Również bombowce zaczęły padać jak muchy, i już wkrótce ich liczba została zredukowana do zaledwie dziesięciu. Aazav próbował zniszczyć działa statku za pomocą rakiet, w które był wyposażony jego myśliwiec, jednak choć mu się to udało, nie mógł juz cofnąć strat, jakie poczyniły w jego eskadrze. Mógł za to mieć swoją zemstę.

Z ponurą satysfakcją patrzył jak bombowce przelatują ponad kadłubem fioletowego okrętu i zrzucają na niego dziesiątki bomb, które eksplodowały i odrywały z niego fragmenty poszycia. Któraś z nich musiała przedrzeć się do komory reaktora, lub składu amunicji, ponieważ krążownik zniknął w nagłej eksplozji światła, zabierając ze sobą dwóch ze swoich niszczycieli. Pilot pozwolił sobie na odrobinę tryumfu, który jednak natychmiast zgasł, gdy porównał go do poniesionych strat. Udało im się zniszczyć jeden krążownik, tracąc przy tym ponad połowę eskadry bombowców, i cztery myśliwce. Przez szybę kokpitu doskonale widział flotę składającą się z blisko trzydziestu podobnych okrętów podczas gdy oni nie mieli więcej samolotów. Ta bitwa była skazana na porażkę.