Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Primarch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Primarch. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Perturabo część II (koniec)


             Kilkanaście minut później, gdy w pokoju taktycznym zrobiło się tłoczno od wypełniających go potężnych sylwetek wszystkich wyższych stopniem Astartes zarówno z IV Legionu, jak i Ogarów Wojny, patriarcha Żelaznych Wojowników uciszył wszelkie rozmowy uniesieniem dłoni i aktywował wbudowany w stół wyświetlacz. Światła w niewielkiej komnacie zostały automatycznie wyłączone, jednak zanim jego zmodyfikowany wzrok Kosmicznych Marines zdążył się dostosować do nowych warunków, z projektora wstrzeliła wszystkim już dobrze znana, fosforyzująca, trójwymiarowa mapa segmentu X0 – 8204. Prymarch sięgnął swoją opancerzoną dłonią w kierunku panelu, i za pomocą odpowiedniej kombinacji run wyszczególnił system gwiezdny, w którym właśnie się znajdowali.
                Obraz stał się wyraźniejszy, i teraz Forrix mógł z łatwością odróżnić poszczególne globy, na których jeszcze nie tak dawno toczył zacięte boje z olbrzymimi robalami. Sześć powoli obracających się wokół własnej osi błyszczących sfer kręciło się z mniejszą lub większą prędkością wokół oślepiająco jasnego gazowego giganta. Każda z planet oznaczona była zielonymi runami w Wysokim Gotyku symbolizującymi zakończone już kompilacje bądź też poszczególne oddziały Astartes, które wciąż walczyły na ich powierzchni. Z tego co widział, i słów, które usłyszał od załogi „Żelaznej Krwi”, Kowal Wojny z radością wywnioskował, że plugawi Xenos bronią już swoich ostatnich bastionów, i już wkrótce zostaną całkowicie zniszczeni. Miał już dość błota i raniących uszy wrzasków przerośniętych larw.
                – Nie dajcie się zwieść, Żelaźni Wojownicy! – Głos Perturabo był twardy jak kute żelazo i chłodny jak stal, którą Prymarch cenił bardziej od złota, tak upodobanego sobie przez wielu z jego braci – Ten system nie wpadł jeszcze w nasze ręce. Ostatnie raporty złożone na ręce mojego ojca, a waszego Imperatora… – Odczekał chwilę, aż ucichną radosne wiwaty na cześć Władcy Terry – … donoszą o siódmej planecie układu, która skrywa się za potężnymi wirami Osnowy, uniemożliwiającymi skanerom wykrycie jej obecności.
                Szary gigant ponownie pochylił się nad połyskującym wielobarwnymi lampkami panelem. Holograficzna mapa zamigotała, i obraz zaczął pędzić w kierunku lewej granicy systemu gwiezdnego, by w końcu zatrzymać się na kłębiącej się kotłowaninie czegoś, co wyglądało jak zbierające się chmury burzowe. Przez komnatę przetoczyły się niespokojne szmery. Niektóre zakątki galaktyki, zwłaszcza te, które powstały stosunkowo niedawno, wciąż nosił ślady pierwotnej siły, która je stworzyła. Były to niewielkie szczeliny pomiędzy Empyreum, a wymiarem fizycznym,  przez które to rany, niczym krew sączyła się mroczna esencja Chaosu mogąca zniszczyć wszystko, co stanie na jej drodze.
                W miejscach takich tworzyły się ogromne wiry i sztormy psionicznej energii, której pływy miały zgubne oddziaływanie na dusze i umysły zarówno zwykłych ludzi, jak i Kosmicznych Marines. Spośród zgromadzonych w komnacie wojowników, niewielu miało wcześniej do czynienia z podobnymi zjawiskami, jednak wystarczyło im jedno spojrzenie na twarze tych kilku nielicznych pechowców, by poczuć przyspieszone bicie serc. Pomimo fizycznej niemożliwości do odczuwania strachu, Astartes mieli świadomość zagrożenia, a to, emanujące ze zbitej masy, którą oglądali na holograficznej mapie było wystarczające, by ich organizmy natychmiast przestawiły się w stan gotowości bojowej.
                Zupełnie jakby nie wyczuwając wiszącego w powietrzu komnaty chemicznego zapachu sztucznej adrenaliny, która tętniła w żyłach jego wojowników, Perturabo przełączył obraz, i tym razem nad powierzchnię stołu uniosła się pojedyncza, nieco zniekształcona kula poznaczona nielicznymi, skalnymi wysepkami. Ukryta planeta.
                – Statek zwiadowczy natknął się na nią gdy walczył z otaczającymi ją wirami Empyreum. Z rozkazu Imperatora, na powierzchnię natychmiast posłano kilkanaście dronów. Żaden nie wrócił. To samo stało się z czterema Stormbirdami wypełnionymi Gwardzistami… Mój ojciec nie powinien spodziewać się niczego innego po zwykłych żołnierzach… To zadanie wymaga czegoś więcej, niż kilkunastu słabych ludzi… Wymaga Kosmicznych Marines… A czyż są gdzieś wojownicy lepsi, niż Czwarty Legion? …I towarzyszące mu Ogary Wojny?
                Chóralny ryk wydobywający się z dziesiątek gardeł dał mu jednoznacznie do zrozumienia, że odpowiedź na jego pytanie brzmi „nie”
***
                „Żelazna Krew” zbliżała się do planety. Forrix nie musiał spoglądać przez oszklony przód olbrzymiego mostka, by się o tym przekonać. Silne drgania, które targały całą konstrukcją potężnego okrętu były jedynym potwierdzeniem jakiego potrzebował. Sztorm Osnowy, który otaczał siódmy glob systemu jak kokon, przyciągał do siebie wszystko, co znajdowało się w jego pobliżu i jedynie dzięki napędzanym niebotycznymi ilościami energii silnikom, flagowy statek Czwartego Legionu nie wpadł jeszcze w jego szpony. Nie ochroniły one jednak „Żelaznej Krwi” od olbrzymich przeciążeń, którym poddawany był jej kadłub. Cała konstrukcja zawodziła potępieńczo i skrzypiała z bólu walcząc, by nie dać się rozszarpać na kawałki.
                Kowal Wojny z łatwością potrafił wzbudzić w sobie współczucie do gigantycznej maszyny. Sam, chociaż bezpiecznie ukryty w brzuchu adamantowego molocha, odczuwał dyskomfort związany z tak bliskim sąsiedztwem niszczycielskiej siły. Jego wnętrzności na przemian skręcały się i prostowały, jakby i je chciało rozerwać przyciąganie sztormu. Nawet stojący kilka kroków od niego Prymarch wydawał się lekko poruszony, co samo w sobie było zadziwiające. Na mostku panowało niecodzienne milczenie, jakby każdy z obecnych na nim oficerów, serwitorów oraz Kapłanów Maszyny nie śmiał wydobyć z siebie głosu, by nie zwrócić ku sobie uwagi szalejącego na zewnątrz sztormu.
                Nikt oprócz Perturabo nie znalazł w sobie dość odwagi by spoglądać przez wzmocnioną szybę na wirującą pod okrętem planetę. Jej ciemna, skąpana w czerwonym blasku odległego olbrzyma powierzchnia nie różniła się wiele od innych globów X0 – 8204. Być może posiadała więcej skalnych wysepek, jednak ciągle przeważającą jej część pokrywał błotny ocean. Należało się spodziewać, że zamieszkują ją robale.
                Ostatnim, dramatycznie przeciągającym się zrywem przegrzanych niemalże silników, „Żelazna Krew” wyrwała się przyciągającym ją mackom Osnowy, i przebiła się przez kokon psionicznej energii. Drgania natychmiast ustały, podobnie jak przeraźliwe dźwięki rozdzieranego metalu. Przepływ paliwa zasilającego potężny generator plazmowy został zmniejszony, i powoli wytracając prędkość, imperialny okręt osiągnął w końcu wysoką orbitę planety.
                – Komandorze! – Wciąż nieco blady na twarzy mężczyzna odziany w mundur pierwszego oficera 82-giej Floty podskoczył na dźwięk głosu Prymarcha.
                – Tak, panie?
                – Wprowadzić do systemów celowniczych baterii laserowych koordynaty największej wyspy i ostrzelać jej okolicę! Chcę mieć wokół niej przynajmniej kilometr oczyszczonego bagna! W każdą stronę…
                Komandor zasalutował składając dłonie na piersi w znaku Aquili i natychmiast przesłał odpowiednie rozkazy na pokład zbrojeniowy. Zajęło chwilę zanim wszystkie stanowiska strzeleckie zebrały odpowiednia ilość energii.
                – Ognia!
                Mostek „Żelaznej Krwi” zadrżał w posadach, a ku planecie pomknęło kilkanaście świetlistych lanc, które wkrótce uderzyły w ocean błota. Z tej wysokości trudno było określić, czy osiągnęły one spodziewany efekt, jednak Forrix widział już w swoim długim życiu dość bombardowań orbitalnych by móc sobie wyobrazić skalę zniszczeń. Jeśli w pobliżu były jakieś robale, nie stanowiły już żadnego zagrożenia. Szkoda tylko, że nie można było tego powiedzieć o reszcie planety.
***
                Stormbird niosący w sobie Prymarcha opadł z głośnym wizgiem silników odrzutowych na osmalony niecelnym strzałem z baterii laserowej kawałek skalnej wyspy. Po chwili, rampa prowadząca na pokład opadła z głośnym sykiem hydraulicznych tłoków, i zszedł po niej niewielki oddział straży przybocznej, za którą podążał Perturabo. Osobista Gwardia patriarchy składała się z najbardziej doświadczonych weteranów I Brygady pod dowództwem Forrixa. Wszyscy braci mieli na sobie wspaniałe pancerze Terminatorów, w których przewyższali zwykłych Marines o głowę, nadal jednak nie dorównując swojemu generałowi.
                Wokół miejsca lądowania, na które pilot wybrał krawędź wskazanego przez Prymarcha skrawka lądu, krajobraz w niczym nie przypominał tego, który Kowal Wojny pamiętał z innych planet X0 – 8204. Bombardowanie orbitalne zamieniło fragment błotnistego oceanu w powybrzuszany, ale w miarę stabilny teren, po którym można było się poruszać. Ogromna temperatura laserowych salw zamieniła całą wilgoć dookoła wyspy w parę wodną, zostawiając po sobie brunatną, popękaną od suchoty powierzchnię. Gdzieniegdzie, w miejscach, gdzie strzały trafił po raz drugi, żłobiły ją głębokie bruzdy sięgające nawet do tworzących płaszcz globu głazów. Można było wśród nich dostrzec na wpół zagrzebane, częściowo porozrywane cielska bladych larw.
                Nadal jednak z łatwością można było wyczuć wszechobecny odór stęchlizny i zgniłych roślin, a nad wszystkim unosiły się gęste opary żółtawej mgły. Nie tracąc czasu na rozglądanie się dookoła, Perturabo ruszył w głąb wyspy wzbudzając echo uderzeniami swoich stalowych butów o kamień. Jego gwardia honorowa bez słowa podążyła za nim.
                Docierali już mniej więcej do środka spłachetka stałego lądu, gdy z otaczającej ich mgły zaczęły wynurzać się jakieś wysokie, ciemne kształty przypominające porozrzucane byle jak skrzynie. Prymarch dał znak do przygotowania broni i sam sięgnął po swój pistolet plazmowy.
                Poruszali się powoli i ostrożnie, nie chcąc nieroztropnym ruchem uprzedzić ewentualnego przeciwnika. Kilku z braci szło tyłem, skanując bacznie okolicę w poszukiwaniu najmniejszych oznak zasadzki. Tajemnicze konstrukcje wznosiły się przed nimi niczym niemi strażnicy. Nie dochodził z ich strony żaden, nawet najmniejszy dźwięk, nie docierał najlżejszy ślad sygnatury cieplnej… Wydawało się, że nie ma powodu do niepokoju.
                Byli coraz bliżej. Mgła rozrzedzała się i ustępowała miejsca słabo tlącym się ogniom, które płonęły w niewielkich paleniskach przed kanciastymi budynkami. Ktoś, lub coś musiał tu niedawno być, co do tego nie było najmniejszych wątpliwości. Forrix przyjrzał się uważniej najbliższej budowli. Wykonana była z jednego materiału dostępnego na planecie w nadmiarze – błota. Krzywe, chropowate ściany nosiły ślady wielu warstw nakładanych jedna po drugiej i pozbawione były otworów, zupełnie jakby ten, kto mieszkał w tej dziwacznej chacie, chciał się całkowicie odciąć od świata zewnętrznego. Ktokolwiek to był, Kowal Wojny nie dziwił mu się.
                Jeden z braci podszedł właśnie do pierwszego z brzegu budynku i najwyraźniej znalazł wejście, ponieważ po chwili zniknął Forrixowi z oczu. Zanim zdążył zrobić kolejny krok, jego komunikator ożył zaskoczonym głosem Marines.
                – Sir… Tu są ludzie!
***
                Odkrycie niewielkiej osady ludzi na, wdawałoby się całkowicie nieprzyjaznej dla człowieka planecie wstrząsnęło w posadach całą flotą Ekspedycyjną. Zaskoczone meldunki przeskakiwały pomiędzy statkami kiedy kolejne oddziały zwiadowcze natrafiały na nowe wioski. Przeważnie były to niewielkie skupiska kilku lub kilkunastu błotnych chat zamieszkiwanych przez przestraszone, blade stworzenia, które swoją egzystencją urągały wszystkiemu co zostało osiągnięte przez potężne Imperium. Istoty te posługiwały się trudna do zrozumienia wariacją Wysokiego Gotyku, jednak ich mowa opierała się w przeważającej części na gestach, zupełnie jakby bali się, że zbyt częste używanie głosów sprowadzi im na głowy robale.
                Ich obawy nie był zresztą nieuzasadnione. Zamieszkujące błotny ocean larwy, traktowały zdegenerowanych przez stulecia niewoli ludzi jak stałe źródło pożywienia. Pozwalały im zakładać osady, zbierać nielicznie rosnące na bagnach jadalne grzyby, i dorastać do pewnego wieku, w którym mogli stanowić syty posiłek. Pozbawieni możliwości podróżowania między wyspami, odcięci od innych grup, ludzie nie próbowali nawet stawiać oporu. Niczym woły prowadzone pod nóż, potulnie przyjmowały narzucany im przez ich krwiożerczych panów porządek świata. Teraz jednak, miało się to zmienić.  Imperium nie miało w zwyczaju przebaczać zniewag, a plugawi Xenos hodujący człowieka jak bydło, byli mu cierniem w boku, który natychmiast należało usunąć. Rozpoczęła się kolejna wojna.
                Tym razem, zastępy Astartes były napędzane przez furię i chęć zemsty, jednak i przeciwnicy wydawali się bardziej zawzięci niż kiedykolwiek wcześniej. Perturabo przechodził sam siebie w sztuce fortyfikacji. Dokładał wszelkich starań, by jego wojownicy mieli jak najlepsze zaplecze do tego, w czym byli najlepsi. Sprowadził potężne maszyny kopiące i za ich pomocą stworzył sieć wysokich wałów, z których Marines zasypywali nadciągające robale gradem pocisków zamieniając ich w skwierczące ochłapy. Wzniósł dziesiątki ceramitowych bunkrów ze stanowiskami ciężkiej broni, które w dzień i w nocy skanowały teren za pomocą wysokiej jakości czujników ruchu, gotowe w każdej chwili skąpać przeciwnika w piekielnej lawinie kul.
                Pamiętał również o nieszczęsnych mieszkańcach planety, która w ich języku nosiła nazwę Nove Shendak. Zbudował dla nich ufortyfikowany obóz otoczony wysokim na kilkanaście metrów murem, którego larwy nie były w stanie przeskoczyć, i nakazał eskadrom Stormbirdów przeczesać każdą skalną wysepkę w poszukiwaniu ludzi, umieszczanych później w owym azylu. Rozkazał eszelonom bombowców zrzucać w błoto ładunki wybuchowe obciążone ołowianymi sztabami, dzięki czemu opadały na odpowiednią głębokość, gdzie oczekiwały na pojawienie się napastników…
                W międzyczasie toczył wiele mniejszych i większych walk, w których bohatersko dowodził swoimi Astartes. Sam najczęściej był widywany w pierwszym szeregu, gdzie potężne cios jego bojowego młota posyłały w powietrze zdruzgotane ciała olbrzymich larw. Był dokładnie tym, czym stworzył go jego ojciec – perfekcją.
***
                – Sir!
                Głos Marines był nieco zniekształcony przez ustawiczne trzaski. Forrix nie pamiętał już nawet kiedy otrzymał cios w głowę, który uszkodził jego nadajnik. Wojna na Nove Shendak trwała już prawie miesiąc i przez cały ten czas nie było ani chwili spokoju, w której mógłby oddać swój sprzęt do naprawy. Zresztą nie tylko on jeden. Każdy z wojowników walczących w tej bezlitosnej wojnie ucierpiał w jakiś sposób, i ciężko było znaleźć choćby jednego Astartes, którego zbroja nie nosiła by śladów uszkodzeń. Nawet Prymarch stracił swój naramiennik.
                – Jakiś problem, bracie Varro?
                – Tak, sir! Wybuch… szkodził… agment umocnień. W tej chw.. ale nie atakują, ale… pojawić.
                Pomimo zakłóceń udało mu się zrozumieć treść wiadomości. Musiał czym prędzej porozmawiać z patriarchą. Na szczęście, należąc do Gwardii honorowej Perturabo, zawsze był w jego pobliżu. Odwrócił się w kierunku swego generała, który słysząc jego wcześniejsze pytanie spoglądał na niego wyczekująco.
                – Panie, fragment północnych umocnień został rozerwany przez wybuch. Varro donosi, że…
                Zanim zdążył uspokoić swego władcę, że chwilowo robale nie atakują osłabionej pozycji, zakuty w stal gigant szedł już szybkim krokiem we wspomnianym kierunku. Nie mając innego wyboru, Forrix ruszył za nim. Pozostali członkowie straży Prymarcha rozsiani byli po całym obozie, i nie miał czasu ab ich teraz szukać. Poza tym, Gwardia Honorowa była dokładnie taka, jak sugerowała jej nazwa. Miała stanowić zaszczytną służbę przeznaczoną dla najbardziej zasłużonych Żelaznych Wojowników. Prawda była taka, że Perturabo sam doskonale zapewniał sobie bezpieczeństwo i nie potrzebował dodatkowej ochrony.
                Przechodzącego przez środek obozu patriarchę witały niskie pokłony ze strony Czwartego Legionu, i pełne szacunku saluty Ogarów Wojny. Wszyscy Marines wglądali na zmęczonych długotrwałą walką, jednak wciąż gotowych do odparcia kolejnego szturmu larw. Sama obecność tak wspaniałej istoty jak Prymarch wystarczała, by wlać w ich serca otuchy.
                Wkrótce dotarli na miejsce. Niewielka grupka Astartes stała nad wyłomem i dyskutowała o czymś przyciszonymi głosami. Widząc nadchodzącego Perturabo, natychmiast umilkli i upadli na jedno kolano. Generał zniecierpliwionym machnięciem ręki dał im znak żeby wstali, co też pospiesznie uczynili. Olbrzym bez słowa podszedł do osmalonej, głębokiej wyrwy powstałej w wyniku trafienia w wał przez błękitny promień energii, którym posługiwały się robale. Uważnie obejrzał uszkodzenie zastanawiając się jak najszybciej je załatać. Nagle podniósł głowę do góry, najwyraźniej zaskoczony.
                – Odsuńcie się!
                Zgromadzeni Marines pospiesznie wykonali rozkaz i cofnęli się o kilka kroków od krawędzi robót ziemnych. Prymarch tymczasem sięgnął do przytroczonego do pasa pistoletu plazmowego i wcelował nim kierunku ziejącej w błocie dziury. Szum wzbierającej w broni energii przypominał rój latających owadów. Po chwili, świetlista kula wielkości pięści Astartes pomknęła w dół i eksplodowała wysyłając w powietrze grudy lepkiej mazi i niewielkie fragmenty odłupanej skały. Forrix poczuł jak coś cuchnącego i gęstego uderza go w bok hełmu. Stojący obok niego wojownicy również nie uniknęli ochlapania. Gdy wszystko sie uspokoiło, Kowal Wojny podszedł ostrożnie do swojego generała i zerknął na poczynione przez niego spustoszenia.
                Ku ogromnemu zaskoczeniu Marines, spoglądał teraz w ziejący w litej skale otwór, przez który z łatwością mógłby się przecisnąć. Jakby odczytując jego myśli, Perturabo skinął głową, jakby potwierdziły się jego przypuszczenia, i ukucnął przed tajemniczym wejściem. Chwile później połowa jego ciała zniknęła już w mrokach jaskini.
                – Za mną, kapitanie!
***
                Przez moment zwisał w powietrzu kurczowo wczepiając się palcami w poszarpany otwór wybity przez wybuch, starając się wczuć stopami twardy grunt, jednak po kilku nieudanych próbach zdał się całkowicie na swojego dowódcę, i rozluźnił uchwyt. Skała znajdowała się niecały metr pod nim. Zalegające w jaskini ciemności przez moment zupełnie go zdezorientowały, i dopiero gdy jego wzrok dostosował się do panujących warunków mógł nieco rozejrzeć się po swoim otoczeniu. Znajdował się w wąskim, wysokim na prawie cztery metry korytarzu wydrążonym w szarej, ziarnistej skale, tej samej, która budowała wszystkie wyspy planety. Pozbawiony choćby odrobiny światła, cuchnący wilgocią i zgnilizną tunel ciągnął się w obie strony i wił jak wąż.
                Pokrywające podłogę błoto wmieszane było z zielonkawym, brejowatym śluzem, który dobitnie świadczył o tym, że jaskinia była używana przez robale. W dodatku wyglądało na to, że całkiem niedawno. Kilkanaście kroków przed sobą, Forrix wyłowił szeroką postać Perturabo posuwającego się na południe. Prymarch odwrócił się aby sprawdzić, czy podąża za nim.
                Korytarz to piął się w górę, to opadał gwałtownie. Każdy kolejny metr ukazywał nowe odnogi, z których wydobywał się dobrze już znany Marines odór larw. Prowadzący patriarcha bez chwili wahania, jakby kierowany jakimś niesłyszalnym dla Forrixa zewem, parł przed siebie, co jakiś czas odbijając w lewo lub prawo. Kowal Wojny odbierał sporadycznie kilka trzasków komunikatora pochodzących od pozostawionych na powierzchni braci, jednak albo z winy uszkodzonego odbiornika, albo z powodu grubej warstwy skał, która rozciągała się nad ich głowami, nie był w stanie wyłapać ani jednego słowa. Poirytowany wyłączył całkowicie urządzenie.
                Co jakiś czas odczuwał drgania, a na głowę spadały mu się okruchy kamienia i zaschnięte błoto – gdzieś tam, u góry nadal toczyła się bitwa. Marines żałował, że nie może teraz wraz ze swoimi wojownikami stawiać czoła Xenos, ale rozkazy patriarchy były najważniejsze. Pogrążony w rozmyślaniach na temat swoich walczących braci, Forrix nie zauważył, że tunel którym podążali zaczyna się rozszerzać, dlatego też zdziwił się wielce kiedy nagle znalazł się na otwartej przestrzeni. Zatrzymał się w pół kroku i rozejrzał dookoła. Stał w czymś, co wydawało się być naturalną jaskinią całkiem sporych rozmiarów. Z sufitu opadały dziwacznie ukształtowane skalne sople, z których ściekały krople mętnej, cuchnącej siarką wody. W całej grocie pełno było śladów larw, jednak najwyraźniej żadnej nie było w pobliżu.
                Ściany kamiennej komnaty wypełnione były dziesiątkami, setkami otworów, tak, że przypominały plastry miodu. Nagle, ziemia pod ich stopami zadrżała, a głowę Kowala Wojny wypełnił przeraźliwy wrzask, który mógł oznaczać tylko jedno – robale. Znalazły ich.
                Perturabo, najwyraźniej też słysząc ów psioniczny krzyk, natychmiast sięgnął po swój pistolet. Jego Gwardzista ledwo zdążył zrobić to samo, gdy z otworów będących w istocie wylotami tuneli, wylała się istna lawina tłustych cielsk. Forrix postąpił kilka kroków do przodu, chcąc znaleźć się bliżej patriarchy, i nie czekając na rozkaz, zaczął strzelać. Wybuchowe pociski wyrywały ogromne dziury w bladej tkance robali i zbierały bezlitosne żniwo śmierci. Z każdym zabitym stworzeniem, pisk pozostałych przybierał na sile. Kowal Wojny poczuł, jak z nosa zaczyna mu cieknąć krew. Z gniewnym okrzykiem posłał w kierunku napastników kolejną serię z boltera.
                Prymarch również nie próżnował. Kule płonącego gazu przetapiały się przez szeregi atakujących i zamieniał je w skwierczące, zwęglone truchła, od których bił niesamowity wręcz smród. Tylko dzięki systemom filtracyjnym hełmu Marines był w stanie go wytrzymać. Miał właśnie wymieniać magazynek, kiedy zobaczył, że wokół metalowych prętów wrastających z ciał robali, zaczynają zbierać się wyładowania energii. Krzyknął ostrzegawczo aby zaalarmować Perturabo, jednak Prymarch biegł już kierunku najbliższego schronienia, którym jak na ironię, był jeden z tuneli.  Po drodze, patriarcha miażdżył każdego napotkanego przeciwnika potężnymi ciosami Łamacza Kuźni. Larwy napierały na niego niemalże ze wszystkich stron, i ze wszystkich stron padały gęstym trupem.
                Podążając jego śladem zniszczenia, Kowal Wojny mógł jedynie od czasu do czasu zatapiać swoje energetyczne szpony w nielicznych niedobitkach. Nie mógł jednak narzekać na zbyt małą ilość wrogów. Robali wciąż przybywało. Wypełniały jaskinię niczym pełzająca fala. Coś eksplodowało, i Forrix zasłonił odruchowo twarz aby uniknąć zderzenia z ostrymi odłamkami kamienia, które posłał w jego kierunku strzał z dziwacznej broni Xenos. Świetlisty łuk energii minął Astartes zaledwie o kilka centymetrów i rozbił się o przeciwległą ścianę. Na szczęście, zanim napastnicy mogli oddać kolejną salwę, wojownik dotarł do okrągłego wylotu, w którym chwilę wcześniej zniknął jego generał.
                Wpadł do wąskiego korytarza, i nie patrząc pod nogi pobiegł kilka kroków przed siebie. Gwałtownie poczuł pod stopami pustkę, a jego wnętrzności podskoczyły mu do gardła gdy nagle stracił oparcie solidnego gruntu. Nabierając prędkości, i obijając się o wystające kamienie, zaczął zsuwać się coraz niżej i niżej.
                W końcu uderzył o coś nogami i siłą ślizgu przeturlał się kilka metrów do przodu. Zatrzymał się niemal u samych stóp Perturabo, który zdążył już podnieść się do pionu i właśnie spoglądał na coś, co wyrastało ze środka olbrzymiej błotnej sadzawki pośrodku komnaty. Jeszcze zbyt zdezorientowany po nagłym upadku, Forrix nie mógł dokładnie stwierdzić cóż to takiego jest, jednak zdawał sobie sprawę z tego, że było ogromne. W dodatku się ruszało. Ostrożnie wstał z ziemi i obrzucił nowe miejsce okiem wojownika, natychmiast odnajdując najbardziej strategiczne lokacje.
                Ta pieczara była ogromna. Nie był w stanie dostrzec sufitu ani ścian innych niż ta, z której przed chwilą wypadł. Wszędzie walało się mnóstwo potrzaskanych, dokładnie objedzonych kości, zdecydowanie ludzkich. Ku swojej zgrozie, dostrzegł również kilka fragmentów pancerza Astartes. Najwyraźniej to tutaj robale znosiły swoje ofiary.
                – Forrixie, podaj mi swoje granaty.
                Kowal Wojny bez słowa sięgnął do podajnika, i po naciśnięciu runy, przekazał Prymarchowi dziesięć niewielkich krążków wypełnionych materiałem wybuchowym. Zanim zdążył zapytać o powód podobnego rozkazu, z ciemności zaczęły wystrzeliwać błękitne błyskawice. Wraz z nimi pojawił się ogłuszając wrzask, tym razem wyjątkowo głośny i natarczywy. Przyciskając dłonie do boków hełmu, Kowal Wojny pobiegł zygzakiem w kierunku leżącego opodal kamienia, na tyle wielkiego, by mógł się za nim ukryć. Gdy tylko sięgnął osłony, przeładował  bolter i wychylając się ostrożnie, posłał falę pocisków w kierunku Xenos. Spodziewał się w każdej chwili usłyszeć huk detonacji granatów, które oddał patriarsze, jednak nic takiego nie nastąpiło. Rozejrzał się dookoła, jednak nigdzie nie mógł dostrzec swego dowódcy. Oba jego serca stanęły na moment. Czy to możliwe, by zginął?
                Odrzucił od siebie tą natrętną myśl i uważniej przeskanował okolicę. Jego wzrok podążył w kierunku błotnistego bajora… Wynurzona z niego larwa była ogromna. Górna część jej bladego, skąpanego w brązowej mazi ciała, tonęła w mrokach wysokiego sklepienia, podczas gdy dolna, niewiadomo jak długa, wciąż ukryta była pod powierzchnią błocka. Bestia wydawała z siebie przeraźliwy wizg, który wydawał się zachęcać jej mniejszych pobratymców do ataku. Nie potrzebował niczyich wyjaśnień by domyślić się, że oto trafili do leża tego, co stało za atakami hord larw.
                Prymarcha dostrzegł mniej więcej w połowie drogi do sadzawki, raz po raz oddającego w kierunku olbrzymiego stworzenia strzały ze swego pistoletu plazmowego. Płomienne kule z sykiem mknęły w stronę wznoszącego się niemal pionowo monstrum, jednak nie wdawały się czynić mu żadnych większych szkód. Języki ognia lizały blade, oślizgłe cielsko ale nie zostawiały po sobie żadnych widocznych ran. Rozsierdzony patriarcha odrzucił w końcu nieskuteczna broń, i sięgnął po Łamacz Kuźni. Królowa robali nie wydawała się zwracać na niego najmniejszej uwagi, jednak kierowane jej naglącymi wrzaskami, mniejsze larwy zmienił kierunek ataku, i znaczna część z nich rzuciła siew pogoń za Perturabo.
                Tylko nieliczne wciąż ostrzeliwały pozycję Forrixa. Widząc swojego generała w niebezpieczeństwie, Kowal Wojny skosił serią wybuchowych pocisków kilka najbliższych Xenos, po czym aktywował przepływ energii w długich na niemalże metr szponach, które wysunęły się z jego opancerzonych rękawic. Na ich stalowej powierzchni pojawił się tańczące iskierki mocy, którym towarzyszył elektryczny szum zbierających sie ładunków. Nie tracąc czasu na przeładowywanie boltera, rzucił się na grupkę kilkunastu robali, które został za główną siłą.
                Psioniczny krzyk olbrzymiej kreatury niemal powalał go na kolana, jednak zagryzając mocno zęby przebiegł dzielące go od obcych kilkanaście kroków i rozpoczął masakrę. Zaskoczone stworzenia nie miały nawet czasu by spróbować wystrzelić w jego kierunku ze swoich bionicznych broni. Pierwsze z nich zapiszczało przeraźliwie gdy ostre jak brzytwy szpony zagłębiły się aż po kłykcie w miejscu, które powinno być głową. Trysnęła cuchnąca breja. Druga ręka Forrixa wykonywała tymczasem szerokie łuki rozpruwające miękkie podbrzusza, z których wylewały się bezkształtne, przezroczyste organy wewnętrzne.
                Wyszarpnął broń z bezwładnego ciała, i rzucił się w wir zabijania. Rozdawał ciosy na prawo i lewo, za każdym razem czując delikatny, niemal niezauważalny opór gdy energetyczne ostrza napotykały na swej drodze ciała Xenos. Wystarczyło mu zaledwie kilka sekund by zamienić wszystkich przeciwników w krwawą ruinę poszarpanych szczątków i cuchnącej breji. Ostatni z wrogów wciąż jeszcze drgał, nadziany na jeden z jego pazurów, a Forrix już zaczął biec w stronę oddalających sie odwłoków reszty robaczej armii podążającej za Perturabo.
                Prymarch zupełnie nie przejmował się pościgiem całą uwagę poświęcając wrzeszczącej Królowej. Gdy tylko dotarł do krawędzi jeziora, wyskoczył w powietrze. Potężne mięśnie wspomagane dodatkowo mocą wbudowanych w zbroję serwomotorów i adamantowych sprężyn, posłały go dobrych kilka metrów do przodu, wprost na drgające nieustannie cielsko gigantycznego robala. Wyciągnięta lewa ręka zamieniła się w grot włóczni, który przebił bladą skórę larwy dając tym samym patriarsze możliwość utrzymania się na przeciwniku, podczas gdy prawa, dzierżąca młot, raz za razem zadawała potężne ciosy obuchem broni.
                Tam, gdzie uderzała wykuta na kształt stożka głowica, pojawiały się pęknięcia, z których natychmiast wyciekał ciemny płyn. Wrzaski bestii przybrały na sile, a jej słudzy przyspieszyli aby rzucić się jej na pomoc. Żaden jednak nie oddał w kierunku Prymarcha strzału, najwyraźniej bojąc się zranić Królową. Wykorzystując swoją w miarę bezpieczną pozycję, Perturabo zaczął się wspinać w górę potężnego cielska. Podciągając się na muskularnych ramionach, darł stalowymi palcami bladą skórę robala, i pokonywał kolejne metry z zadziwiającą szybkością jak na kogoś zakutego w tak gruby pancerz.
                Tymczasem Forrix dopadł właśnie do tylnych szeregów larw, i wdarł się w nie niczym wilk rozszarpujący owce, ćwiartując i rozpruwając przeciwników. Świdrujące krzyki wypełniały teraz całą komnatę, a od ich siły drgały jej ścian i podłoga. Z sufitu sypały się odłamki kamieni dość spore, by swym ciężarem zmiażdżyć Xenos, na których upadły. Wrogowie zaczynali się wycofywać przed furią Kowala Wojny, i wkrótce zyskał on odrobinę wolnej przestrzeni. Wykorzystał ten moment wytchnienia od rzezi aby rzucić okiem na poczynania patriarchy.
                Prymarch zdążył już dotrzeć w okolice głowy Królowej, która teraz znajdowała się zaledwie kilka metrów nad posadzką ogromnej pieczary. Stworzenia, zgięte w pół, wykonywało swoim ciałem gwałtowne rzuty, którymi chciało strącić z siebie dokuczliwego intruza, jednak pewny uchwyt Perturabo na to nie pozwalał. Duma wypełniała serce Marines gdy spoglądał w tej chwili na swojego generała. Wiedza, że jego własna siła pochodzi od tak wspaniałego wojownika dodawała Forrixowi otuchy. Sprawiała, że zrobiłby dla niego wszystko.
                Nagle, coś uderzyło w kamienną posadzkę. Metaliczny brzęk był słyszalny nawet przez nieustający ani na moment wizg robali i ich Królowej. Wytężywszy wzrok, Marines ze zgrozą odkrył, że przedmiotem, który spowodował ten hałas był Łamacz Kuźni. Jego dowódca był rozbrojony. Przeniósł przerażone spojrzenie na przyczepionego do cuchnącego monstrum stalowego giganta. Perturabo sięgnął do pasa i wydobył stamtąd coś, czego Kowal Wojny nie mógł rozpoznać z dzielącej ich odległości, a następnie zaciskając to w pięści, uderzył z całych sił w bok głowy stworzenia.
                Z szerokiej rany trysnęła szlamowata krew. Pisk bólu. Nagle, ku zaskoczeniu Forrixa, Prymarch odepchnął się od ciała Królowej, i zaczął opadać w kierunku ziemi. Po chwili uderzył z głośnym hukiem o kamień. Przeturlał się aby zamortyzować upadek, i już po chwili był na nogach pędząc w kierunku tunelu, z którego tu przybyli. Zatrzymał się tylko dwa razy, aby podnieść swój młot i wcześniej upuszczony pistolet. Wpadł pomiędzy zaskoczonych przeciwników i rzucił się w morderczy taniec z Łamaczem Kuźni. Zdążył jednak zabić tylko kilkanaście robali.
                Rozległ się gwałtowny huk, a wszędzie dookoła pospał się fragmenty rozerwanego ciała cuchnącego zgnilizną. Brejowata posoka skąpała mniejsze larwy, które zaczęły wrzeszczeć w śmiertelnym przerażeniu patrząc, jak ich Królowa chwieje się i upada. Górna połowa jej ciała zniknęła w potężnej eksplozji ładunków wybuchowych, które zostawił w niej Perturabo. Bezgłowy odwłok olbrzymiej larwy wił się na lewo i prawo niczym gotując się do ataku wąż, a z ogromnej, szarpanej rany tryskały fontanny ciemnej cieczy. Gdy zaczęło upadać, mniejsze robale, pozbawione przywództwa, rzuciły się do panicznej ucieczki, całkowicie ignorując dwójkę intruzów. Psioniczny wrzask, który przybrał na sile w momencie śmierci Królowej cichł coraz bardziej, aż w końcu zamilkł. Jej gigantyczne truchło uderzyło w ziemię z obrzydliwym chlupotem pękającego tłustego ciała. Gdy Forrix rozejrzał się dookoła, zorientował się, ze byli sami. Robale zniknęły.
***
                Droga powrotna na powierzchnię zajęła im sporo czasu, ponieważ musieli poruszać się nieznanymi tunelami. Tylko dzięki nadludzkim zmysłom jakim oboje dysponowali, udało im się nie zabłądzić w plątaninie korytarzy i jaskiń. Poruszali się w ciemnościach, dokładnie sprawdzając każdy zakręt w poszukiwaniu przeciwników, jednak nie spotkali już ani jednej larwy. Wyglądało na to, że śmierć ich Królowej zupełnie odebrała im wolę walki.
                W końcu, po prawie dwóch godzinach wędrówki, Forrix zaczął rozpoznawać poszczególne elementy mijanych rozwidleń. Zdecydowanie tędy już przechodzili, a zatem do wyjścia było niedaleko. Rzeczywiście, niecałe kilka minut później ujrzeli przebijając się przez dziurę w suficie blask światła dziennego, a do ich uszu doszedł szum zmartwionych głosów Marines. Udało im się.
                – Varro, czy to ty?
                Ktoś poruszył się gwałtownie nad ich głowami, i nikłe promienie słoneczne został zasłonięte przez czyjąś szeroką sylwetkę. W otworze pojawiła się głowa Marines.
                – Sir! Panie! Wróciliście!
                – Chyba nie spodziewałeś się, że postanowiłem zamieszkać w grocie jak jakaś jaszczurka?
                – Spuśćcie linę. – W głosie Perturabo na próżno było się doszukiwać radości z ponownego ujrzenia otwartej przestrzeni.
                Rozkaz został bezzwłocznie wykonany, i już po chwili obaj, Prmarch i Kowal Wojny stali na uszkodzonym fragmencie wałów. Forrix rozejrzał się uważnie dookoła i zamarł. Wszędzie leżały poszatkowane, martwe ciała robali. Było ich mnóstwo, o wiele więcej niż Marines pamiętał z ostatniego razu kiedy spoglądał na pole bitwy. Widząc jego zaciekawione spojrzenie, Varro wskazał kciukiem w kierunku pobojowiska.
                – Gdy cienie było, sir, pojawił się robale. Całe mnóstwo robali. Walka była ciężka, wielu z braci poległo… I zginęliby wszyscy, gdyby nagle nie pojawił się sam Imperator… Sir… To był wspaniały widok… Jego ognisty miecz wznosił się i opadał, a plugawe Xenos uciekały w popłochu przed jego potęgą…
                – Dosyć! Forrixie – Perturabo odwrócił się plecami do swoich podwładnych – Do mojego namiotu.
                Wszyscy zgromadzeni Astartes byli nieco zaskoczeni szorstkością w głosie Prymarcha, ale uznali, że powodem jest przegapienie równie wspaniałej bitwy. Kowal Wojny posłusznie wykonał rozkaz i podążył za swoim generałem. Gdy przechodzili przez obóz, mało kto zauważał obecność patriarchy. Wszyscy wojownicy, zarówno ci z Czwartego Legionu jak i Ogary Wojny, stali w mniejszych lub większych grupach i wznosili pochwalne okrzyki na cześć Imperatora i jego odwagi lub opowiadali historie o czynach, których dokonał Władca Terry. W końcu dotarli do namiotu Prymarcha.
                – Panie…
                – Mój ojciec zgarnął dla siebie całą chwałę dzisiejszego dnia!
                Po plecach Kowala Wojny przebiegł zimny dreszcz. W głosie Perturabo pobrzmiewała zimna furia, przed którą ugięłyby się kolana każdego zwykłego człowieka. Tylko Astartes mógł stanąć jej naprzeciw, choć z trudem. Wojownik marzył by paść na kolana i błagać generała o przebaczenie, chociaż w niczym nie zawinił.
                – Gdybym nie zabił Królowej… To mnie należy się to zwycięstwo! Czyż nie byłem tym, który podbił całe trzy systemy? Czy nie toczyłem bojów o Nove Shendak od ponad miesiąca? Dlaczego moi właśni Marines wznoszą okrzyki ku czci mojego ojca, który pojawił się aby wziąć udział w jednej bitwie?
                – Panie… Opowiem braciom o tym, co zrobiłeś w pieczarze, jestem pewny, że…
                – NIE! Nie potrzebuję niczyjej łaski!
                Prymarch zaczął się nieco uspokajać.
                – Nie, Forrixie… Moi wojownicy nauczą się jeszcze kto jest ich prawdziwym dowódcą… A póki co…
                Odsłonił połę namiotu i stanął przed nim wyprostowany, tak, aby mogła go widzieć najbliższa grupka Astartes.
                – ZA IMPERATORA!

                Ton okrzyku absolutnie nie zdradzał śladów niedawnej furii. Był chłodny i pozbawiony emocji. Jak zawsze. Odpowiedział mu ryk setek gardeł.

sobota, 16 sierpnia 2014

Perturabo część I

               

             Forrix z ulgą sięgnął ku magnetycznemu zamkowi blokującemu hełm.  Jego opancerzone palce nadusiły ukrytą pod stalowym kołnierzem runę i już po chwili rozległ się syk uciekającego powietrza kiedy systemy wewnętrzne  pancerza siłowego Mk V typu „Crusader” wyrównały różnicę ciśnień pomiędzy zamkniętym środowiskiem zbroi a skąpanym w sodowym blasku pokładzie Stormbirda. Strudzony wojownik z cichym westchnieniem odrzucił ciążące mu już nakrycie głowy i zaczerpnął głęboki haust chłodnego powietrza odczuwając przy tym niemal dziecinną radość. Nie pamiętał już nawet kiedy ostatnio czuł w płucach równie przyjemną mieszankę tlenową.
                Od wielu miesięcy wraz z resztą braci toczył nieustanne walki u boku Ogarów Wojny przeciwko hordom olbrzymich robali, od których wręcz roił się sektor kosmosu odkryty pięć lat temu przez 82-gą Flotę Ekspedycyjną. Nadano mu sygnaturę X0 – 8204, co nie wróżyło szybkiej i łatwej kompilacji mającej na celu wcielenie tego obszaru do wiecznie głodnego nowych terytoriów Imperium. Druga część opisu była kombinacją liczby porządkowej floty i Legionu Astartes, który został do niej przydzielony. W tym przypadku, był to Czwarty – Żelaźni Wojownicy pod dowództwem niedawno odnalezionego Prymarcha Perturabo.
                Marines wciąż jeszcze nie zdążył oswoić się z myślą, że oto na wzór Salamander, Księżycowych Wilków, Kruczej Gwardii i kilku innych Legionów, również i jego własny zakon doznał zaszczytu połączenia się ze swoim pierwowzorem genetycznym. Dawało mu to możliwość aby spoglądać na towarzyszących Żelaznym Wojownikom Ogarów Wojny z mieszaniną wyższości i dumy, która to jednak mikstura nie pozbawiona była szczypty współczucia. Doskonale wiedział jak trudno jest być osamotnionym w zmaganiach Wielkiej Krucjaty. Imperator, umiłowany przez wszystkich, stał na czele jedenastu Legionów, trudno zatem aby zwracał ku któremuś z nich więcej uwagi niż ku pozostałym. Dopiero połączenie się z Prymarchem wyzwalało całą drzemiącą w Astartes siłę.
                Co prawda, Forrix nie miał ostatnio zbyt wielu okazji by stanąć oko w oko z Perturabo, jednak samo wspomnienie tych chwil sprawiało, że wojownik czuł, jak rozpiera go duma. Patriarcha spędzał większość czasu na pokładzie flagowego statku Imperatora, który wisiał nad orbitami planet będących pod atakiem Kosmicznych Marines, i wraz ze swym ojcem układał plany bitew. Zdążył już zasłynąć ze swego geniuszu taktycznego i zamiłowania do wznoszenia i obronnych fortyfikacji. Pod spojrzeniem jego czujnych, chłodnych niczym stal oczu, Żelaźni Wojownicy zyskiwali sobie reputację znakomitych strategów. W połączeniu z licznymi wszczepami biomechanicznymi czyniło to Czwarty Legion jednym z najlepiej zorganizowanych i najszybciej zdobywających nowe planety. Byli niemal nie do powstrzymania i sam Imperator był łaskaw wyrazić swoje zadowolenie z tempa toczonych przez nich kampanii.
                Pierwsza część nadanej sektorowi sygnatury odnosiła się natomiast do specyfiki istot, które go zamieszkiwały. Światy, na których odkryto prosperujące ludzkie cywilizacje, otrzymywały oznaczenie „X5”. Te, w których człowiek był narażony na nieustanne ataki przeważających sił Xenos – „X1”. „X0” oznaczało część galaktyki, w której nie odnaleziono nawet najmniejszych śladów homo sapiens. X0 – 8204 w całości opanowany był przez obcych. Nie byli to jednak Eldarowie, Orkowie czy nowoodkryte zagrożenie jakim stało się ostatnimi czasy szybko rozwijające się Imperium Tau. Żadnych chitynowych rojów Tyranidów ani splugawionych przez Chaos mutantów… Zagrożenie, na które natknęła się 82-ga Flota Ekspedycyjna było zupełnie nowe i żadne z kronik imperialnych nie wspominały o podobnych przypadkach.
                Segment X0 – 8204 składał się z czterech systemów gwiezdnych oddalonych od najbliższej skolonizowanej przez ludzi planety o niemalże trzy miesiące podróży przez Osnowę. Oczywiście, niekiedy pokonanie tej trasy trwało krócej lub dłużej, pływy Wielkiego Empyreum pozostawały tajemnicą pomimo całych rzesz Kapłanów Maszyny pracujących nad rozwikłaniem ich zagadek. Nie było żadnych raportów informujących o rajdach Xenos z tej części kosmosu, toteż Flota nie spodziewała się problemów podczas kompilacji…
                Każdy system gwiezdny segmentu składał się z od czterech do sześciu niewielkich planet krążących wokół gazowych olbrzymów zalewających je swoim piekielnym blaskiem. Początkowo, przeprowadzone z wysokiej orbity skany każdej z nich nie wykazały obecności życia. Warunki również nie wydawały się zbyt zachęcające – cała powierzchnia globów pokryta była nieustannie falującymi oceanami błota, które w dodatku wydzielały do atmosfery kłęby trujących oparów. Brak solidnego gruntu, na którym można by postawić olbrzymie obiekty fabryczne, tak niezbędne dla będącego w ciągłym stanie wojny Imperium, czynił X0 – 8204 niezbyt łakomym kąskiem, jednak potężne machiny bractwa Adeptus Mechanicum nie raz udowadniały, że człowiek już od dawna potrafi ujarzmić dziką naturę i nagiąć ją do swoich potrzeb.
                Bogate złoża promethium, odkryte przez jedną z sond wysłanych na planety, dodatkowo zmotywowały siły imperialne do założenia kolejnej kolonii.  Ciągnące za okrętami wojennymi opasłe barki wypełnione osadnikami zaczęły wypuszczać swój „ładunek”. Olbrzymie kontenerowce marsjańskiego bractwa podążały w ślad za nimi i wszystko wydawało się być na dobrej drodze. Flota Ekspedycyjna wznowiła swoją podróż. Tylko połowa statków zdołała dokonać skoku w Osnowę kiedy przez umieszczone na mostku okrętu flagowego „Żelazna Krew” głośniki rozległo się rozpaczliwe wołanie o pomoc. Okazało się, że X0 – 8204 skrywa w sobie więcej tajemnic niż ujawniły to imperialne skanery.
                Pierwsze siły rekonesansowe złożone z pięciu kompanii Żelaznych Wojowników poprowadził na powierzchnię planety sam Perturabo. Forrix, jako Kowal Wojny – dowódca Pierwszej Wielkiej Brygady, dostąpił zaszczytu pełnienia funkcji adiutanta Prymarcha. Doskonale pamiętał towarzyszące temu emocje – dumę, ale także i stres związany z walką u boku syna samego Imperatora. Pomimo tego, że niemalże czterdzieści procent jego ciała stanowiły mechaniczne wszczepy, nie mógł się powstrzymać od drżenia ekscytacji, które przebiegało po wszystkich jego kończynach. Te same emocje widział u pozostałych braci, którzy zostali wybrani by towarzyszyć Perturabo. To miała być ich pierwsza walka pod dowództwem tak długo wyczekiwanego Generała.
                Kapsuły desantowe były bezużyteczne – impet, z jakim adamantowe bryły uderzyłyby w błotnistą ziemię zatopiłby je, więżąc zamkniętych w ich wnętrzu Astartes i skazując ich na powolną śmierć. Wybrano zatem wolniejszą, ale za to bezpieczniejszą formę lądowania. Wszystkie pięć kompanii, w sumie dwustu pięćdziesięciu Marines podzielonych na dwadzieścia pięć oddziałów po dziesięciu wojowników w każdym, zostało upchniętych do niewielkiego szwadrony Stormbirdów i posłane na ratunek osadnikom.
                Podczas opadania przez górne warstwy atmosfery nie wydarzyło się nic, co mogłoby świadczyć o przyczynie wezwania. Nie padł ani jeden wystrzał z dział przeciworbitalnych, nie pojawił się żaden samolot wroga. Nie poprawiało to jednak humorów ściśniętych na pokładach niewielkich maszyn Astartes. Forrix, podróżował wraz z Prymarchem i garstką innych, których Perturabo wybrał sobie jako straż przyboczną, co dawało mu możliwość prób odczytania emocji jego generała. Nic jednak nie mógł wywnioskować z twardych, zimnych jak lód oczu patriarchy, który przez całą drogę na powierzchnię nie odezwał się ani słowem.
                Kowal Wojny miał jak najgorsze przeczucia co do losu kolonizatorów. Gdyby chociaż padł jeden strzał! Zdecydowanie wolał wiedzieć z jakim wrogiem ma do czynienia jeszcze zanim na niego ruszy. Coś w głębi duszy podpowiadało mu, że w grę może wchodzić przeklęta magia.
                Żelaźni Wojownicy, jako jeden z nielicznych Legionów całkowicie odrzucili możliwość przyjmowania w swoje szeregi osób obdarzonych psionicznym talentem. Z odrobiną pogardy i strachu spowodowanego przesądami odnosili się do popularnych wśród Tysiąca Synów lub Mrocznych Aniołów braci – psioników, nazywanych Bibliotekarzami. Wierzyli, że jednie Imperator, umiłowany przez wszystkich, ma w sobie dość mocy, by móc przeciwstawić sie zakusom Mrocznych Potęg, które tylko czekają by pochwycić w swe szpony śmiałka na tyle nierozważnego, by korzystać z magii Osnowy. Z olbrzymim dystansem podchodzili do astropatów i nawigatorów niezbędnych do kierowania statkami przez pustkę Empyreum, spoglądając na nich jak na tykające bomby mogące w każdej chwili wybuchnąć.
                Owszem, gdy było to nieuniknione, stawiali czoła demonom lecz zdecydowanie woleli dawać odpór hordom Orków lub spoglądać w lufy Tau, niż mieć do czynienia z tymi chodzącymi bluźnierstwami przeciwko Imperialnej Prawdzie.
                Gdy w końcu wylądowali, ich oczom ukazał się niezwykły widok. Wszędzie, aż po horyzont, rozlewało się bezkresne, brunatne morze błota poruszane uderzeniami wiatru. Cuchnące fale nieustannie biły o te niewielkie fragmenty kamiennego lądu, które wyrastały z powierzchni mulistego oceanu niczym strupy na skórze chorego. Wrażenie potęgował unoszący się w powietrzu zapach zgnilizny przesycony dodatkowo kwaśnym odorem jakiegoś trującego gazu. Forrix czuł niemal jak jego wzmocniony organizm zaczyna pracować aby zwalczyć skutki toksyny przedzierającej się nawet przez systemy filtracyjne jego hełmu. Widoczność ograniczona była przez gęste, mleczno –żółtawe  opary unoszące się ponad powierzchnią bagnistego morza.
                Kłęby tej trującej mgły skrywały wszystko, co było oddalone o więcej niż pięćdziesiąt kroków, i nawet wspomagany przez systemy optyczne zbroi wzrok Astartes nie był w stanie wyłowić zbyt wielu szczegółów poza tą granicą. Również zmysł słuchu nie na wiele się zdawał, ponieważ większość dźwięków tonęła w ciągłym plusku błotnistych fal o kamienne wybrzeża. Forrix odczuł nagle z całą pewnością, że ten odgłos będzie go nawiedzał przez kolejne lata. Nie mylił się.
                Odziany w swój pancerz Terminatora podążył za spoglądającym co jakiś czas na ekran urządzenia monitorującego Perturabo. Prymarch powiódł swoich wojowników w kierunku, z którego, według wskazań systemów statku, nadano wołanie o pomoc. Wszyscy Marines rozglądali się czujnie skanując okolicę podniesionymi do piersi bolterami. Kowal Wojny spodziewał się, że w każdej chwili mogą zostać zaatakowani przez tajemniczych napastników, jednak mijały kolejne minuty, a nic takiego się nie wydarzyło. W końcu dotarli na miejsce. Był to jeden z tymczasowych obozów osadników. Wszędzie walały się poprzewracane skrzynie z rzeczami osobistymi i zapasami żywności. Ich porozsypywana zawartość splamiona była niekiedy krwią, której szerokie kałuże wysychały na skałach tworząc miniatury ogromnego oceanu błota, który otaczał ten skrawek lądu.
                Kilka z transportowców Adeptus Mechanicum stało w pobliżu z wciąż pracującymi silnikami, które warczały cicho i dodawały do zanieczyszczonej atmosfery kolejne kłęby trujących oparów. Kapłani Maszyny nie próżnowali. Wylądowali na planecie niespełna pięć godzin wcześniej, a już zdążyli postawić prowizoryczne schronienie z prefabrykatów. Wykonane z ceramitu szkieletowe ściany, poznaczone były osmalonymi dziurami, a w niektórych miejscach zostały doszczętnie zniszczone. Gruzowiska pokrywała gruba warstwa błota, zupełnie jakby budynki zostały zmiecione przez potężną falę mułu. Nigdzie jednak nie było widać ciał osadników. Gdzieniegdzie można było natknąć się na ślady krwi, lecz nie tych, którzy je zostawili… Gdzie podziała się niemal setka ludzi, którzy powinni być w tym obozie? W pewnym momencie, Perturabo gwałtownie podniósł głowę znad swojego czytnika i gestem nakazał towarzyszącym mu wojownikom ciszę.
                Wszyscy stanęli w bezruchu. Prymarch, wyraźnie czegoś nasłuchując, zbliżył się nieco do krawędzi skalnej wysepki, na której stali i zaczął uważnie przyglądać się falującemu oceanowi. Chwilę potem sięgnął do pasa i odpiął zwisający wzdłuż biodra potężny młot bojowy, dar od jednego z jego braci – Łamacz Kuźni. Był to jedyny sygnał jakiego potrzebowali Żelaźni Wojownicy. Natychmiast podbiegli do swojego generała, i  ustawili się w idealnej formacji. Każdy, nawet szeregowy Marines znał swoją pozycję i doskonale wiedział jak jej bronić. Patriarcha skinął tylko głową z aprobatą, i wskazał głownią młota w kierunku, w którym spoglądał.
                Na początku Forrix nie był w stanie nic dostrzec. Dopiero po kilku chwilach zobaczył jakiś ruch na skraju mgły. Pełen podziwu dla wyczulonych zmysłów swojego dowódcy, Kowal Wojny robił wszystko co mógł, by wydobyć jakieś szczegóły, jednak nawet jego wszczepy optyczne nie były w stanie przebić się przez mgłę. Jednego był pewien – coś się zbliżało, i to w zastraszającym tempie.
                W końcu, Marines dostrzegł to, co zaalarmowało jego Prymarcha. Jakieś sześćdziesiąt kroków od miejsca, w którym stali, błotnisty ocean pruły setki długich jak sam Perturabo i szerokich jak pancerz Astartes prętów. Dziwaczne tyczki wyglądały jak zrobione z metalu, a na ich powierzchni tańczyły błękitne iskierki wyładowań elektrycznych przez co przypominały trochę karykatury mieczy energetycznych. Gdy tylko pojawiły się one w polu widzenia, uszy wojownika został zaatakowane przez dochodzący od strony bagna krzyk. Dźwięk wydawał się rozbrzmiewać bezpośrednio w jego głowie, jednak nie miał wątpliwości, że jego źródłem są owe tajemnicze pręty. Rozsadzający bębenki, powalający na kolana wrzask z całą pewnością nie pochodził z ludzkiego gardła.
                Wszędzie dookoła Kosmiczni Marines potrząsali dziko głowami próbując się pozbyć nieprzyjemnego świdrowania w uszach, jednak wciąż utrzymywali pozycję. Szkolenie wzięło górę nad zaskoczeniem i już po chwili, w stronę niewidocznych napastników poleciała pierwsza fala pocisków. Wielokalibrowe kule z pluskiem uderzały w powierzchnię błotnistego oceanu, jednak nie było sposobu by stwierdzić, czy w jakikolwiek szkodzą atakującym. Jakby w odpowiedzi na kanonadę ognia ze strony Astartes, sunące w ich stronę pręty rozjarzyły się mocniejszym blaskiem i posłały w kierunku wysepki łuki błękitnej energii, które wryły się w pierwsze szeregi Żelaznych Wojowników. Ugodzeni bracia padali z wypalonymi w pancerzach olbrzymimi dziurami, z których wydobywała się czerwona mgiełka parującej od ogromnej temperatury krwi.
                Ku przerażeniu Forrixa, jeden z takich świetlistych pocisków trafił w sam środek napierśnika Perturabo, jednak zbroja wykuta na zamówienie samego Imperatora w najwspanialszych marsjańskich kuźniach doskonale spełniła swoją rolę. Na grubej, adamantowej płycie tworzącej przód pancerza pozostał jednie osmalony ślad. Prymarch zawył z furii i sięgnął po swój ogromny pistolet plazmowy. Po chwili bagno zaczęło wrzeć od kul rozpalonego gazu, które jedna za drugą posyłał w stronę zbliżających się prętów. Krzyki rozbrzmiewające w głowie Kowala Wojny przybrały na sile, jednak tym razem miały w sobie nuty bólu.
                Jakby nie mogąc już wytrzymać w gotującym się błocie, pierwszy przeciwnik postanowił ujawnić się przed Żelaznymi Wojownikami. Z powierzchni cuchnącego oceanu wytrysnęła fontanna lepkiej mazi, a wraz z nią wystrzelił w powietrze olbrzymi, trupioblady robal. Tłuste cielsko larwy drgało nieustannie targane ciągłymi skurczami. Potwór pozbawiony był oczu, ale miał za to trzy otwory gębowe, każdy wyglądający jakby mógł jednym kłapnięciem odgryźć głowę Marines. W ich czeluściach czaiły się całe tuziny ząbkowanych kłów wykonanych z jakiegoś rodzaju kryształu. Z grzbietu istoty wyrastał jeden z owych śmiercionośnych, metalowych prętów. Oślizgłe ciało wokół niego rozświetlone było energią, która zbierała się w czubku włókna najwyraźniej gotując się do kolejnego wystrzału.
                Tylko Prymarch zachował trzeźwość umysłu, i podczas gdy jego wojownicy wpatrywali się w skaczące na nich monstrum, Perturabo posłał w jego kierunku kulę płonącej plazmy. Gdy ta sięgnęła swojej ofiary, nastąpiła gwałtowna eksplozja, od której wyparowała większa część ciała robala. Przed śmiercią zdążył jeszcze wydać z siebie gniewny pisk. Jakby chcąc pomścić zabitego towarzysza, pozostałe stwory zaczęły wyskakiwać z oceanu. Kosmiczni Marines, odzyskawszy w końcu zdolność poruszania się, stworzyli nieprzenikalną ścianę ognia, która zamieniała olbrzymie larwy w krwawe strzępy. Cuchnąca breja, która wypływała z ran obcych bryzgała na wszystkie strony i nie minęło wiele czasu zanim wszyscy walczący skąpani nią byli od stóp do głów.
                Krytyczny moment walki przyszedł w chwili, gdy Astartes opróżnili pierwsze magazynki. Wykorzystując kilkusekundową przerwę w morderczym ostrzale, bestie przyspieszyły jeszcze bardziej i kilkudziesięciu z nich udało się gwałtownymi skokami wedrzeć na brzeg, szybko jednak padły pod ciosami  młota Prymarcha i mieczy łańcuchowych jego podwładnych. W tym czasie, tylne szeregi uzupełniały amunicję i po chwili ponownie rozległ się szczęk bolterów przerywany co jakiś czas hukiem eksplozji, kiedy pistolet Perturabo anihilował kolejnych wrogów.
                Widząc, że nic nie wskórają bezpośrednim atakiem, robale zaczęły się wycofywać na pewną odległość, i samymi pozostając bezpiecznie ukrytymi pod powierzchnią bagna, ostrzeliwały pozycje Astartes. Spoglądać na śmierć tak wielu braci nie było przyjemną rzeczą i Forrix wciąż opłakiwał ciężkie straty, które ponieśli tego dnia Żelaźni Wojownicy. Błękitne łuki uderzały bezlitośnie i zbierały krwawe żniwo wśród Kosmicznych Marines, którzy desperacko starali się trafić ukryte przed ich wzrokiem larwy. Rzucane w kierunku lasu metalowych prętów granaty tonęły i eksplodowały z przytłumionym hukiem, posyłając w powietrze potoki szlamu i od czasu do czasu fragmenty bladych cielsk.
                Prymarch nakazał swoim wojownikom wycofanie się w głąb lądu, aby wywabić tym przeciwnika na powierzchnię. Rzeczywiście, robale podpłynęły bliżej i ponownie spróbowały wskoczyć na skały, gdzie spotykał je krwawy koniec. Pod naporem ognia z bolterów zaczęły się wycofywać na poprzednie pozycje zostawiając za sobą dziesiątki martwych towarzyszy. Po chwili znowu ostrzelały zwycięskich jeszcze przed momentem Marines.
                Stosując tą szarpaną taktykę błyskawicznych wycofań i ataków, Żelaźni Wojownicy spędzili kolejne dwie godziny na powolnej eliminacji wroga. Larwy nie wydawały się zbytnio inteligentne lub też nie przejmowały się stratami jakie odnosiły. Za każdym razem dawały się złapać na przynętę zarzucaną przez Perturabo, i za każdym razem były zmuszane do odwrotu. Na niewielkiej, skalistej wysepce zaczynało brakować miejsca – wszędzie pełno było tłustych, olbrzymich cielsk. Astartes używali granatów do pozbywania się ich, jednak wciąż przybywały nowe. W końcu jednak ich napływ zaczął maleć. Ataki stawały się coraz wolniejsze, jakby niezdecydowane… W pewnym momencie, wystające z błota pręty, których teraz było raptem kilkadziesiąt, zaczęły się oddalać od lądu. Kilka sekund później już ich nie było.
                Żelaźni Wojownicy pod komendą Perturabo, powrócili na czekający na wysokiej orbicie statek. Z liczącej dwieście pięćdziesiąt wojowników Pierwszej Brygady, którą dowodził Forrix, pozostało stu czterdziestu, z czego prawie połowa odniosła mniej lub bardziej poważne rany. Koszt zwycięstwa był ogromny, a co najgorsze, wojna dopiero się zaczynała.
                Po wysłaniu na planetę większych sił Astartes  wspomaganych dodatkowo przez ogromny regiment Colhiańskich Dragonów z Imperialnej Gwardii, walki o oczyszczenie jej z olbrzymich robali trwały nieprzerwanie przez trzy miesiące. Trzy miesiące wiecznego błota, które dostawało się w każdą szczelinę pancerza, zatykało filtry i blokowało serwomotory, które zapychało mechanizmy bolterów… Sytuacja Gwardzistów była jeszcze gorsza. Złożone ze zwykłych ludzi oddziały Imperium zawsze były skazane na spore starty, jednak te, które ponosili Dragoni były ogromne. Każdego dnia ginęły setki, a nawet tysiące żołnierzy, czy to zabitych przez larwy, czy też trującą atmosferę planety, lub rozstrzelanych przez oficerów politycznych, którzy karali w ten sposób za tchórzostwo.
                Jak głosiło popularne powiedzenie krążące wśród dowództwa Imperialnej Gwardii, dobry komisarz to taki, którego szeregowcy boją się bardziej niż wyjącej hordy przeciwników. Na planecie larw nie było dobrych komisarzy. Ludzie woleli zginąć od pojedynczej salwy lasera niż codziennie umierać po kawałku na tym nieprzyjaznym świecie, w którym nawet powietrze chce ich śmierci.
                Marines znosili trudy znacznie lepiej, jednak i oni nie obyli się bez strat. W porównaniu z innymi światami, które udało się im do tej pory podbić, ten wydawał się najbardziej upartym i zawziętym. Astartes spędzali setki godzin na budowaniu umocnień pod czujnym okiem Prymarcha. Zastawiali pułapki, osuszali teren pod stanowiska ciężkiej broni, a oprócz tego wszystkiego stanowili rdzeń armii, zbrojną pieść Imperium posyłaną wszędzie tam, gdzie tysiące trupów odzianych w mundury Dragonów świadczyło o porażce Gwardii.
                Przez cały ten czas Forrix był u boku swego generała służąc mu jako adiutant i jego prawa ręka. Wraz z nim nadzorował kopanie transzei i fortyfikacji ucząc się przy tym tajników sztuki wznoszenia umocnień znanych wcześniej tylko Prymarchowi.  Perturabo wydawał rozkazy, daleko mu jednak było do bezczynnego przyglądania się pracy innych. Pomagał przy osuszaniu bagien, budowaniu murów… Stał na czele każdej szarży, każdego odwrotu i wraz ze swoimi synami bronił każdego skrawka wydartej błotu ziemi. Każdy Marines spoglądał z dumą na swojego patriarchę, który wraz z nimi dzielił trudy kampanii. W ich sercach rosła miłość do tego małomównego, chłodnookiego giganta zakutego w szary pancerz.
                W końcu, wspólnym wysiłkiem, glob został oczyszczony z Xenos i zasiedlony przez kolejną grupę osadników. Wciąż jednak pozostały cztery planety systemu, na których również mogły się czaić robale. Jak się okazało, aż dwie z nich wymagały interwencji Astartes. Na szczęście Żelaźni Wojownicy mieli już doświadczenie w walkach z tą rasą obcych, i kolejne kampanie przebiegły szybciej i sprawniej, przy mniejszych stratach własnych.  Segment X0 – 8204 miał jednak aż cztery systemy gwiezdne…
                Przez pięć kolejnych lat, 82-ga Flota została zmuszona by stopniowo oczyszczać zainfekowane przez robale planety. Forrix wracał właśnie z powierzchni jednej z ostatnich, która została przydzielona jego Brygadzie, składającej sie teraz z prawie dwóch tysięcy Marines. Przez niewielkie okienko umieszczone na burcie Stormbirda obserwował światła pozostałych maszyn, na pokładach których znajdowali się jego bracia, czując jak wzbiera w nim radość ze zbliżającego się w końcu odpoczynku po trudach kampanii. Westchnął głęboko i poklepał duże, kwadratowe pudełko, które stało obok jego fotela. W środku znajdowały się znaczniki każdego z poległych wojowników służących pod nim.
                Pomimo, że nie zdołał zebrać ich od wszystkich, część zabitych przez robale Marines zatonęła w bezdennych oceanach błota, lub została pożarta przez larwy wraz z pancerzem, metalowych krążków było niemal tysiąc. Dziewięćset dziewięćdziesiąt trzech Żelaznych Wojowników oddało swe życia w służbie Imperium. Była to liczba ogromna i zatrważająca, jednak będąca ziarnkiem w morzu piasku w porównaniu do strat poniesionych przez Imperialną Gwardię, której krew zamieniła bagna w szkarłatne oceany.
                – Za Imperatora!
                Okrzyk Kowala Wojny został natychmiast pochwycony przez znajdujących się wraz z nim w kabinie Astartes. Głos żadnego z nich nie wyrażał wahania czy zwątpienia. Wszyscy byli świadomi, że ofiara jaką ponieśli, była niezbędna dla dobra ludzkości. Taka bowiem była wola jej Władcy. Forrix aż drżał na samą myśl o tym, że być może będzie mu dane ujrzeć majestat Imperatora w pełnej krasie. Pan Terry przybył niedawno do segmentu X0 – 8204 (który obecnie miał zostać przemianowany na „X5 – 8204”) by omówić ze swym synem kwestie kolejnych posunięć Wielkiej Krucjaty. Każdy Kosmiczny Marines z Czwartego Legionu marzył o choćby zobaczeniu Go z daleka. Podobnie towarzyszący im od niedawna Ogary Wojny.
                Kapitan Pierwszej Brygady obrzucił krytycznym spojrzeniem swój pokryty grubą warstwą błota pancerz. Spod brudu nie było widać jego szarej, pozbawionej lśnienia, stalowej powierzchni. Żelaźni Wojownicy stawiali na prostotę – żadnych zdobień czy kolorów… Zbroja była dla nich narzędziem, które ma dobrze służyć jej posiadaczowi, a nie pyszniącym się złotem i purpurą symbolem potęgi, jak było to w przypadku Dzieci Imperatora. Jeśli rzeczywiście miałby znaleźć się w jednym pomieszczeniu z Władcą Ludzkości, musi najpierw oddać swój rynsztunek do czyszczenia. Ponownie wyjrzał przez okno. Ogromna sylwetka nieruchomego statku wypełniała je już niemal całkowicie. „Jak to dobrze być w domu”, pomyślał.
***
                Wybierał właśnie broń spośród rozłożonych na podłodze komnaty ćwiczebnej mieczy, toporów i włóczni, kiedy drzwi pomieszczenia rozsunęły się z cichym sykiem, i pojawił się w nich niski, baryłkowaty serwitor komunikacyjny. Unosząc brwi ze zdumienia, Forrix odebrał od maszyny niewielki dysk, i nacisnął runę aktywującą. Urządzenie zamigotało, i już po chwili ponad powierzchnią dłoni Marines unosił się holograficzny obraz Prymarcha odzianego w pełny pancerz bojowy i z Łamaczem Kuźni na ramieniu. Natychmiast upadł na jedno kolano trzymając wyświetlacz wysoko ponad głową na wyprostowanym ramieniu.
                – Mój panie…
                –  Wstań. Nie musisz przede mną klękać. Nie jestem moim ojcem.
                Czy mu się wydawało, czy też może wyczuł w chłodnym zazwyczaj tonie Prymarcha nutę niechęci? Nie miał jednak czasu się nad tym zastanowić gdyż Perturabo kontynuował, i tym razem jego głos był taki jak zawsze – pozbawiony wszelkich emocji. Musiał się najwidoczniej przesłyszeć.
                – Oczekuję cię w komnacie taktycznej.
                Nie zdążył nawet odpowiedzieć. Patriarcha nie musiał czekać na potwierdzenie przyjęcia rozkazów, on po prostu oczekiwał, że zostaną one bezzwłocznie wypełnione. Kowal Wojny pospiesznie przywdział szatę, którą zdjął na czas treningu i wyszedł z komnaty kierując się na mostek okrętu. „Żelazna Krew” , flagowy krążownik Czwartego Legionu, dowodzony przez samego Prymarcha, był ogromną jednostką o potężnej sile ognia, zdolnej zamieniać całe światy w płonące zgliszcza. Stanowił również istny labirynt korytarzy i ogromnych hall wypełnionych nieustannym ruchem setek sług i marynarzy odzianych w liberie Żelaznych Wojowników. Wszyscy z szacunkiem rozstępowali się przed potężną sylwetką Forrixa, który pruł przez ten ludzki ocean jak statek sunący po wezbranym morzu.
                Pomimo tego, że nie miał na sobie swojego pancerza siłowego, nadal stanowił wspaniały widok, może nawet wspanialszy niż w pełnym rynsztunku, bowiem teraz dopiero można było ujrzeć jak potężną istotą jest Kosmiczny Marines. Szeroka konstrukcja zbroi mogła sprawiać wrażenie, że ukryte pod nią ciało jest wątłe, i że cała przewaga Astartes tkwi w jego ekwipunku, jednak każdy kto spojrzałby na Forrixa, czy innego przedstawiciela jego rodzaju przekonałby się, że jest dokładnie odwrotnie – to pancerz jest wykonany tak, by pasować do potężnych mięśni, które miał ochraniać.
                W miarę jak zbliżał się do mostka, ruch malał, aż w końcu zredukował się do dwóch Marines stojących na straży przed centrum dowodzenia okrętu. W przeciwieństwie do niego, mieli na sobie pełne pancerze, a w zaciśniętych dłoniach dzierżyli gotowe do strzału boltery. Obaj wojownicy skinęli z respektem głową Kowalowi Wojny i bez słowa wpuścili go do środka.
                Jak na każdym mostku imperialnego okrętu tej wielkości, w sercu „Żelaznej Krwi” również panował nieustanny hałas setek pracujących ludzi i maszyn, jednocześnie wykonujących swoje obowiązki. Skąpana w ostrym blasku lamp, olbrzymia komnata przypominała starożytne katedry z czasów, kiedy ludzkość oddawała jeszcze cześć bogom. Wysokie sklepienie tonęło w ciemnościach, których nie było w stanie przebić nawet wyjątkowo jasne światło, a zwisające z niego girlandy odsłoniętych kabli szumiały cicho od przepływającej nimi energii. Perturabo nie uznawał zdobień ani nadmiernych luksusów i taka właśnie była „Żelazna Krew” – surowa i szorstka, ale śmiertelnie niebezpieczna. Zupełnie jak jej dowódca.
                Nie zwracając uwagi na kłaniających mu się okrętowych oficerów, Forrix parł przed siebie do momentu, w którym dostrzegł wystające wysoko ponad tłum sylwetki dwóch braci z jego własnej kompanii zakutych w ceremonialne pancerze Terminatorów strzegących drzwi do pokoju taktycznego –  samotni Prymarcha, w której udzielał swym kapitanom audiencji. Skinął wojownikom głową, i poczekał aż jeden z nich aktywuje panel wbudowany w ścianę.
                – Prymarch czeka, sir!
                – Dziękuję Varro.
                Właz odsunął się z hydraulicznym sykiem i oczom Kowala Wojny ukazało się wnętrze niewielkiej komnaty, wyposażonej jedynie w wypełniający ją niemal w całości stół będący jednocześnie wyświetlaczem służącym do projekcji  map, na których Perturabo rozrysowywał swoje plany bitew. Urządzenie było aktywne i ukazywało trójwymiarowy obraz jakiejś planety, która obracała się leniwie wokół własnej osi. Patriarcha stał twarzą do drzwi, jednak zbyt był pochłonięty studiowaniem hologramu by zauważyć wejście wojownika. Forrix wykorzystał tą chwilę na przyjrzenie się swojemu generałowi, którego nie widział od prawie trzech lat.
                Prymarch wydawał się wypełniać swoją osobą całą niewielką komnatę. Nie była to tylko kwestia pokaźnego wzrostu, którym Perturabo wyróżniał się nawet na tle swoich pozostałych braci. Aura potęgi i mocy, którą wokół siebie roztaczał, wydawała się rozsadzać wnętrze pomieszczenia. Wystarczył jeden rzut oka na szlachetną, jakby odlaną z brązu twarz olbrzyma, by zgięły się kolana każdego, kto odważył się w nią spojrzeć. Bez trudu można było dopatrzeć się w obliczu Prymarcha podobieństwa do Imperatora. Być może nie było ono tak jasne i przejrzyste jak w przypadku Lorgara, ale dość widoczne by wzbudzać zachwyt wśród tłumów.
                Jedyną różnicą były włosy. Władca Terry miał kruczoczarne kosmyki sięgające ramion, natomiast Perturabo szczycił się ognistopomarańczowymi paskami biegnącymi wzdłuż czaszki w kierunku wiecznie zmarszczonego jakby w gniewie czoła. Krzaczaste brwi osłaniały głębokie, pełne nieludzkiej inteligencji oczy koloru burzowego nieba. Patriarcha miał na sobie pancerz, który otrzymał od swego ojca. Potężne, grube na kilka centymetrów płyty adamantium pokrywały całą powierzchnie jego ciała nachodząc na siebie i tworząc prawdziwe arcydzieło sztuki wojennej. Nawet palce rękawic składały się z kilkunastu segmentów odpowiedni wygiętych blaszek. Wszystko to było pozbawione ozdób i kolorów, tylko szarość stali. Perturabo przypominał w swojej zbroi czołg. Oparty o ramię młot, i zwisający u pasa pistolet tylko potęgowały to wrażenie. Czysta destrukcja.
                W tym momencie patriarcha oderwał swój wzrok od przezroczystej mapy planety.
                – Jesteś. Wróciłem właśnie z okrętu mojego ojca. Wygląda na to, że przegapiliśmy jedną planetę tego sektora. Jako że twoja kompania jako pierwsza wróciła na „Żelazną Krew”, tylko was mam do dyspozycji. Ruszamy na wojnę.
                Marines poczuł jak oba jego serca zabił mocniej. Czy to możliwe, że dobrze zrozumiał?
                – „My”, panie?
                Perturabo skinął głową.
                – Przejmuję dowództwo nad twoją kompanią. Mam dość bezczynności.
                Po tak długiej przerwie, znów będzie miał okazję walczyć u boku Prymarcha…
                – Tak samo jak my, panie. Kiedy dotrzemy na miejsce?



                Jutro pewnie będzie druga część (mam nadzieję, że ostatnia, nie umiem pisać One-shotów :O)